W poszukiwaniu tożsamości Odessy

Andrzej Szeptycki

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w: 
"Nowy Prometeusz" nr 10, grudzień 2016, ss. 55-71]

Odessa kojarzy się z Morzem Czarnym, carycą Katarzyną II, która założyła tamtejszy port, łączącymi go z miastem Schodami Potiomkinowskimi, rozsławionymi przez Siergieja Eisensteina w filmie „Pancernik Potomkin”, niezrównanym żydowskim humorem odessyjczyków, a w naszej części Europy – z twórczością Włodzimierza Wysockiego („Moskwa – Odessa”) i Juliusza Machulskiego („Déjà vu”). Od czasu rozpadu ZSRR miasto było również postrzegane jako część rosyjskojęzycznej, niechętnej Zachodowi, a przychylnej Rosji, Ukrainy południowo-wschodniej. Wiosną 2014 r. Odessa stała się – obok Doniecka, Ługańska i Charkowa – jednym z ważnym ośrodków inspirowanych przez Rosję protestów przeciwko nowym władzom w Kijowie, które zastąpiły obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza. Ich tragicznym zwieńczeniem były wydarzenia z 2 maja 2014 r., kiedy w odeskim Domu Związków zginęło około 40 osób – przede wszystkim zwolenników zbliżenia z Rosją. Projekt Noworosji ostatecznie spalił wtenczas na panewce – przynajmniej w regionie odeskim. Odessa stała się bardziej ukraińska, a mniej (nowo) rosyjska. Jej tożsamość, podobnie jak w przeszłości, pozostaje jednak daleko bardziej złożona.

PEŁEN TEKST ARTYKUŁU W PDF

Russian Propaganda and „Soft Power” in Georgia

Dimitri Avaliani

[text originally published in:
"Nowy Prometeusz" nr 9, lipiec 2016, ss. 59-63]

The Russian government does not hide that its main goal is to restore its influence in the former Soviet republics and prevent them from integrating into European structures. In an attempt to achieve this objective, Russia is using all available means, including hard power – the direct military invasions of Georgia (2008) and Ukraine (2014) – as well as “soft power”.
In this struggle, information is Russia’s most effective tool. Moscow started the information war against Georgia a long time ago – when Georgia regained independence in 1991. Since then, Moscow has been trying to turn Georgian public opinion in favour of the Kremlin. Putin’s efforts have intensified dramatically during the last few years.

FULL TEXT OF THE ARTICLE IN PDF

Kolonializm inaczej. O przydatności metodologii postkolonialnej do badań nad Europą postkomunistyczną

Mykoła Riabczuk

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w: 
"Nowy Prometeusz" nr 6, październik 2014, ss. 59-71]

Dwanaście lat, które minęło od ukazania się głośnego artykułu Davida Chioni Moore’a o możliwości użycia metodologii postkolonialnej w badaniu postkomunizmu,1 przyniosło wiele publikacji rozwijających ten temat, a mimo to nie zdołało rozwiać istniejącej wokół niego aury marginalności i kontrowersyjności. Ani czołowi przedstawiciele studiów postkolonialnych nie włączają na razie świata postkomunistycznego do sfery swoich zainteresowań, ani najważniejsi badacze postkomunizmu nie spieszą się z wprowadzaniem metodologii postkolonialnej do zestawu swoich narzędzi. Jeśli zaś chodzi o tych autorów, którzy mimo wszystko próbują budować mosty między tymi dwiema dziedzinami, czy, jak powiedziałby Moore, sprawdzają, na ile prefiks „post” w słowie „postkomunizm” jest tym samym co w słowie „postkolonializm” – to niemal każdą pracę przychodzi im rozpoczynać od swego rodzaju apologii wybranego przez nich podejścia. Wszystko to świadczy o chwiejności, niepewności, nieustabilizowaniu wskazanej tu dyscypliny naukowej.

David Moore nazwał wzajemne niedostrzeganie się przez badaczy postkomunizmu i postkolonializmu „podwójnym milczeniem” (double silence, co można przetłumaczyć także jako „obopólne przemilczenie”) i próbował doszukać się jego obiektywnych przyczyn. Z jednej strony, jak stwierdzał, uprzedzenia badaczy postkolonializmu wobec obiektów świata postkomunistycznego wynikają z ich historycznego przywiązania do trójdzielnego modelu świata, podzielonego, odpowiednio, na „pierwszy”, „drugi” i „trzeci”, a także z lewicowych na ogół przekonań, które nie pozwalają stawiać wyidealizowanego komunistycznego świata w jednym rzędzie z odrażającym zachodnim imperializmem.

Z drugiej strony uprzedzenia badaczy postkomunizmu wobec studiów postkolonialnych także mają swoje obiektywne przyczyny. Po pierwsze, jak stwierdza Moore, zawsze istniała dla nich wyraźna, dyskursywna, wynikająca z różnic rasowych i religijnych granica między radzieckim „Zachodem” i „Wschodem”, która czyniła narody radzieckiego „Zachodu” jeszcze bardziej odmiennymi od narodów Azji czy Afryki. A po drugie, same narody wschodnioeuropejskie starały się jak najsilniej dystansować od (post)radzieckiej Rosji, uważając za swój cel strategiczny „powrót do Europy”, do której wszak zawsze należały. Radziecka dominacja była więc najczęściej przedstawiana w kategoriach okupacji, a nie kolonizacji. Narody wschodnioeuropejskie niebezpodstawnie obawiały się, że akcentowanie ich kolonialnego statusu w radzieckim imperium może umniejszyć w oczach Zachodu ich europejską tożsamość i utrudnić integrację euroatlantycką.

Do czynników, według Moore’a powodujących „obopólne przemilczanie”, można dodać kilka innych. Wśród badaczy postkolonialnych, którzy często są migrantami z trzeciego świata, wyraźnie widać chęć monopolizowania cierpień związanych z uciskiem kolonialnym. U podstaw tej – często nieuświadomionej – chęci leży obawa, by szczególnie bolesny problem dyskryminacji rasowej i rasistowskiego kolonializmu nie został umniejszony w wyniku zestawienia z innymi, nierasistowskimi formami ucisku i dominacji. (Podobny mechanizm można zresztą zauważyć również wśród badaczy Holocaustu, którzy często z ogromną rezerwą podchodzą do podejmowanych przez niektórych autorów prób porównania tego zjawiska z innymi aktami ludobójstwa lub rozpatrywania go w szerszym kontekście nazistowskich „skrwawionych ziem” i eksterminacji wschodnioeuropejskich Untermensch’ów)2.

Wśród badaczy postkomunizmu przeważają tymczasem zwolennicy paradygmatu tranzytologicznego, który rozpatruje przemiany w „drugim” świecie przede wszystkim jako proces demokratyzacji, budowania instytucji państwowych i przyspieszonej modernizacji. Jeśli zaś chodzi o aspekty kulturowe i antropologiczne, które leżą u podstaw postkolonialnego teoretyzowania, to politolodzy zazwyczaj nie przywiązują do nich wielkiej wagi. Chyba tylko teoria zależności od ścieżki (path dependence) otwiera pewne możliwości postkolonialnego traktowania postkomunizmu jako zjawiska nie tylko politycznego, gospodarczego i instytucjonalnego, ale również kulturowego i dyskursywnego3.

Niewykluczone poza tym, że nieufność badaczy postkomunizmu wobec metodologii postkolonialnej wynika z nadużywania terminów „imperium” i „kolonializm” w masowej publicystyce i propagandzie politycznej, gdzie mają one zabarwienie jednoznacznie pejoratywne. Właśnie w tej roli – jako uosobienie absolutnego zła – często są one wykorzystywane w celu oskarżenia dawnej metropolii o wszelkie możliwe grzechy oraz do zdejmowania z jej ofiar wszelkiej odpowiedzialności za ich obecny stan. Autorytet studiów postkolonialnych osłabia również wykorzystywanie antykolonialnej, antyimperialistycznej terminologii przez różne ruchy antymodernizacyjne, antyglobalistyczne i neokonserwatywne, zwłaszcza w Europie Wschodniej, gdzie usiłują one przedstawić Zachód jako nowego „pana” („waszyngtoński komitet obwodowy”), który jakoby tylko zastąpił starego, moskiewskiego gospodarza.

Wszystkie te czynniki rzeczywiście są dostatecznie istotne, by je uwzględniać, ale nie aż tak, by mogły zdyskredytować i uniemożliwić wykorzystanie metodologii postkolonialnej w badaniach nad postkomunizmem. Niezależnie od rozmaitych różnic między „drugim” i „trzecim” światem, to właśnie podobieństwa między nimi zachęcają do stosowania pewnych koncepcji teoretycznych i instumentów krytycznych ze studiów postkolonialnych w analizie pewnych procesów i zjawisk świata postkomunistycznego. W szczególności, jak piszą Dorota Kołodziejczyk i Cristina Sandru, dotyczy to również obecnych w świecie postkomunistycznym „struktur włączenia/wykluczenia (model centrum/peryferiów, liminalności i istnienia „pomiędzy”), formacji nacjonalizmu, struktur wyróżniania Innego i przedstawiania różnic, form i sposobów historycznej realizacji walki antykolonialnej/antyimperialnej, doświadczeń traumatycznych (włącznie z kwestią pamięci/amnezji zbiorowej i przepisywania historii), oporu jako zespołu praktyk kulturowych, koncepcji – takich jak alternatywność, ambiwalencja, autokolonizacja, geografia kulturowa, dyslokacja, mniejszości i kultury podporządkowane, neokolonializm, orientalizacja, transnacjonalizm”.4

Porównywanie istotnie nie oznacza zrównywania; w żadnym razie nie chodzi o ignorowanie różnic między postkomunizmem a postkolonializmem, a jedynie o bardziej systematyczne i konsekwentne wyjaśnianie pewnych podobieństw. Kołodziejczyk i Sandru przypominają w szczególności, że zarówno w „drugim”, jak i w „trzecim” świecie przymusowa modernizacja miała cechy wspólne: zarówno „marksizm stosowany”, czyli komunizm, jak i kapitalizm przemysłowy, realizowały podobną politykę szybkiej industrializacji i urbanizacji, rozwoju infrastruktury, walki z zabobonami religijnymi, trybalizmem i tradycyjnym sposobem życia (nazywanym przez kolonizatorów „barbarzyńskim”, a przez komunistów – „burżuazyjnym”) [Kolodziejczyk & Sandru, 115].

David Moore przytacza jeszcze dokładniejszy spis podobieństw między rosyjsko-radziecką kolonizacją sąsiednich terenów a zachodnią kolonizacją terytoriów zamorskich, którą właśnie uważa się za „klasyczną”:

„Suwerenne rządy lokalne są zastępowane marionetkowymi albo bezpośrednią kontrolą metropolii. Afrykańskie szkolnictwo uprzywilejowuje język kolonizatorów, lokalna historia jest przepisywana z perspektywy imperium. Autochtoniczne tradycje religijne są tępione, idole niszczeni, a w ich miejsce wprowadzane są alternatywne ideologie religijne i niereligijne. Kolonizowane tereny Afryki poddawane są wyzyskowi gospodarczemu. Niezależny handel kolonii między sobą nawzajem albo z partnerami zewnętrznymi jest ściśle reglamentowany lub całkowicie zabroniony. Gospodarka działa w systemie nakazowym i dostosowuje się do potrzeb metropolii, a nie potrzeb lokalnych. Miejscowa waluta, jeśli nawet istnieje, to jest konwertowalna wyłącznie na walutę metropolii. Rolnictwo staje się monokulturowe, środowisko ulega degradacji. W sferze praw człowieka – głosy dysydentów słychać wyłącznie na emigracji, chociaż znaleźć się tam jest bardzo trudno. Opozycyjna energia jest więc kierowana w różne formy mimikry, satyry, parodii, dowcipów. Jednak najbardziej ogólna charakterystyka stanu społeczeństwa to stagnacja kulturowa” [Moore, 114].

Swoją drogą, tę ostatnią cechę już dwadzieścia lat temu dostrzegł bystrym okiem Marko Pawłyszyn, omawiając kontekst postkolonialny i – odpowiednio – kolonialne dziedzictwo właśnie na Ukrainie: „Przejawy kultury (dzieła sztuki, instytucje kulturalne, procesy społecznego życia kulturalnego) można uznać za kolonialne, jeśli sprzyjają umacnianiu lub rozwojowi władzy imperialnej: odbierają prestiż, zawężają pole działania, zmniejszają rozpoznawalność albo wręcz niszczą to, co jest lokalne, autochtoniczne, słowem – kolonialne, podkreślając natomiast godność, światowy zasięg, nowoczesność, niezbędność
i naturalność tego, co stołeczne, centralne”.5

Niewątpliwie zarówno świat kolonialny, jak i komunistyczny, był dość różnorodny, dlatego na pewno nie wszystkie wymienione przez Moore’a cechy kolonialne dotyczą w jednakowej mierze wszystkich krajów. Związek Radziecki był naprawdę bardzo specyficznym imperium i ci, którzy uważają radziecki eksperyment za przedsięwzięcie neokolonialne, „niebezpodstawnie wskazują na dążenie komunistów do wyzwolenia mas pracujących, zniesienie wielu przywilejów dla etnicznych Rosjan na południu i wschodzie byłego imperium, wspieranie licznych języków związkowych, budowę fabryk, szpitali, szkół, uwolnienie kobiet z haremów i parandży, wsparcie walki z kolonializmem w trzecim świecie, a także fakt, że wielu nie-Rosjan w radzieckiej sferze wpływów popierało reżim bolszewicki” [Moore, 123].

Ale również ci, którzy uważają radziecki reżim za jedynie inną odmianę kolonizacji, niebezpodstawnie wskazują na „masowe deportacje całych narodów, wyniszczające dla nich osiedlenie kazachskich koczowników, przymusowe wprowadzanie monokultury w Azji Środkowej i katastrofę ekologiczną Morza Aralskiego, przejęcie przez Związek Radziecki niepodległych państw bałtyckich w 1940 roku, niezmienną zasadę, że druga z najważniejszych osób na czele każdej republiki radzieckiej musi być etnicznym Rosjaninem, radzieckie czołgi w Budapeszcie w 1956 roku i w Pradze w 1968 roku” [Moore, 124].

Jest jeszcze wiele innych argumentów na rzecz każdego z tych punktów widzenia, jednak Moore uważa, że najważniejsze jest tu subiektywne postrzeganie zniewolonych narodów: „Z uzbeckiego, węgierskiego czy litewskiego punktu widzenia była to sytuacja bezsprzecznie kolonialna. Większość klasycznych przejawów – brak suwerennej władzy, ograniczenie możliwości wyjazdu, okupacja wojskowa, brak konwertowalnej waluty, podporządkowanie gospodarki narodowej zewnętrznemu hegemonowi, przymus nauki języka kolonizatorów – pokazuje, że narody Europy Środkowej rzeczywiście pozostawały pod rosyjsko-radziecką kontrolą mniej więcej od 1948 do 1989-1991 roku” [Moore, 121].

Rzecz jasna, wszystko to w jeszcze większym stopniu odnieść można do zniewolonych narodów wewnętrznego radzieckiego imperium, które pozostawały pod jeszcze ściślejszą kontrolą przez jeszcze dłuższy czas.6

David Moore zaznacza, że w pewnym sensie niemal wszystkie narody świata w jakimś okresie swojej historii zaznawały kolonizacji, a więc mogłyby dziś być badane z postkolonialnego punktu widzenia. Takie rozszerzenie perspektywy dewaluuje jednak samą kategorię postkolonialności i pozbawia ją siły analitycznej. W przypadku sfery postradzieckiej ta dewaluacja nie wydaje się zagrażać, bo przecież „Rosja, a później ZSRR rzeczywiście sprawowały potężną kontrolę kolonialną nad ogromnym terytorium, od pięćdziesięciu do dwustu lat, i choć przeważająca część tej kontroli dziś należy już do przeszłości, jej skutki wciąż pozostają zauważalne w literaturach i kulturach postkolonialnych-postradzieckich narodów, włącznie z samą Rosją” [Moore, 123].

Autor jest przy tym świadom „specyficzności wariantów rosyjsko-radzieckiej kontroli i jej postradzieckich ech” oraz ich wyraźnej odmienności od „standardowego, angielsko-francuskiego przypadku”. Dalszy tok jego argumentacji wygląda jednak dość dziwnie: „Niemniej, uprzywilejowując przypadek anglo-francuski jako swego rodzaju kolonialny standard i traktując rosyjsko-radzieckie doświadczenia jako odchylenie od normy, tym samym sztucznie podtrzymujemy od dawna już przestarzałą ideę centralności zachodniego, czyli anglo-francuskiego świata. Sądzę, że pora skończyć z tą tradycją” [Moore, 123].

Jest to dziwna argumentacja, bo przecież tak naprawdę uznanie unikalności doświadczenia narodów rasowo dyskryminowanych i zniewolonych w żadnej mierze nie uprzywilejowuje tych, którzy je zniewolili, zupełnie tak samo, jak uznanie unikalności Holocaustu w żadnym stopniu nie uprzywilejowuje ani nazistów, ani Zachodu jako takiego. Umieszczanie w centrum uwagi studiów postkolonialnych właśnie dyskryminacji rasowej nie ma nic wspólnego z domniemaną centralnością świata zachodniego, czyli anglo-francuskiego. Takie określenie ustanawia jedynie pewien system współrzędnych, punkt odniesienia, według którego możemy rozpatrywać inne doświadczenia kolonialne – z różnymi poziomami wyzysku, ucisku i dyskryminacji, ale bez zasadniczego i rzeczywiście centralnego dla studiów postkolonialnych doświadczenia dyskryminacji rasowej.

W tym systemie współrzędnych najbliższe klasycznemu kolonializmowi jest doświadczenie odmiennych rasowo ludów imperium rosyjskiego, a później rosyjsko-radzieckiego, w przypadku których kolonizacja albo miała przeważnie osadniczy charakter – jak na Syberii i Dalekiej Północy7, albo była klasycznym podbojem – jak w Azji Środkowej i do dziś na Kaukazie8. Najmniej zbliżone do klasycznego kolonializmu jest doświadczenie narodów Europy Wschodniej, należących do „zewnętrznego” imperium. Po pierwsze, inaczej niż narody „wewnętrznego” imperium, zachowały one jednak pewną suwerenność polityczną, gospodarczą, a zwłaszcza kulturalną. A po drugie, nigdy nie zinternalizowały one kompleksu niższości wobec kolonialnego hegemona, ponieważ przed wkroczeniem wojsk radzieckich zdążyły już wykształcić silną świadomość narodową, czyli stać się całkowicie nowoczesnymi, egalitarnymi narodami, które można okupować, ale nie rzucić na kolana – czy to przez przejęcie (lub zniszczenie) lokalnych elit, czy to przez narzucenie domniemanej wyższości kulturowej metropolitalnego centrum. Wręcz przeciwnie: przez cały okres przymusowej przynależności do „bloku radzieckiego” pielęgnowały one własną, niekiedy nawet wyolbrzymianą wyższość wobec „wschodnich barbarzyńców”, którzy legitymizowali swoje działania wyłącznie brutalną siłą i – w pewnym stopniu – kontrowersyjną wizją „wyzwolenia” Europy Wschodniej podczas drugiej wojny światowej i jeszcze bardziej kontrowersyjnymi pretensjami do roli liderów światowego ruchu rewolucyjnego.9 Państwa wschodnioeuropejskie były bez wątpienia protektoratami, ale raczej neokolonialnego, niż kolonialnego typu.

W tym kontekście Ukraina i Białoruś reprezentują wariant przejściowy między klasycznym w istocie kolonializmem w rosyjsko-radzieckiej Azji i na Kaukazie a stosunkowo łagodną neokolonialną dominacją ZSRR we Wschodniej Europie. Z jednej strony, Ukraińcy i Białorusini nie mieli nawet tej ograniczonej suwerenności, co ich zachodni sąsiedzi – szczególnie widocznej w sferze kultury (o czym trafnie pisał Marko Pawłyszyn). Ale z drugiej strony, nie zaznawali tej dyskryminacji rasowej, co narody Wschodu – otwartej w imperium rosyjskim, skrywanej – w rosyjsko-radzieckim. Na poziomie grupy ich prawa były znacząco ograniczone, ale na poziomie indywidualnym dyskryminacja praktycznie nie istniała, wszak Ukraińcy i Białorusini oficjalnie uważani byli w imperium rosyjskim za „ten sam naród”, co Rosjanie (albo „prawie ten sam” – w imperium radzieckim). Musieli jednak w tym celu przyjąć rolę „tego samego (lub „prawie tego samego”) narodu, czyli wyrzec się własnej ukraińskiej (lub białoruskiej) tożsamości jako całkowicie odmiennej, autonomicznej i samowystarczalnej. Odmowa odrzucenia własnej odrębności i pewnych grupowych (narodowych) interesów, niekoniecznie tożsamych z rosyjskimi, w obu imperiach traktowana była jako nielojalność i ścigana jako zdrada. Ukraińcy w istocie dzielili się na „swoich”, „udomowionych” („chochły”, „małorosy”) i na obcych, wrogich („bandery”, „mazepińcy”).10 Ci pierwsi byli raczej rosyjskim subetnosem, ogólnie nieszkodliwym lokalnym etnografizmem, podczas gdy ci drudzy usiłowali stać się odrębnym narodem – przez co właśnie w obu imperiach byli na wszelkie sposoby dyskryminowani oraz represjonowani.

David Moore uważa, że na Ukrainie dominuje trzeci, „dynastyczny” typ kolonizacji (obok wspomnianej wyżej kolonizacji osadniczej i podbojów). Był on powszechny przede wszystkim w epoce przednowoczesnej, kiedy tożsamość wynikała głównie z przynależności wyznaniowej i stanowej, a kategoria „narodu” dotyczyła tylko wyższych klas społecznych. Kolonizacja dynastyczna była stosunkowo lekka, jako że imperium musiało zadbać tylko o wchłonięcie miejscowych elit, podczas gdy masy prostego, przeważnie wiejskiego ludu ulegały stopniowej asymilacji w ramach ogólnoimperialnego procesu modernizacji i akulturacji.

Obydwa imperia – rosyjskie i radzieckie – były dostatecznie inkluzywne, by przyciągnąć najbardziej aktywnych i ambitnych Ukraińców i Białorusinów perspektywą awansu społecznego, neutralizując równocześnie wszelką protonacjonalistyczną herezję w dość ograniczonym środowisku elit. Ta inkluzywność w połączeniu z bliskością języka i kultury oraz brakiem naprawdę ważnych dla przednowoczesnej świadomości barier wyznaniowych znacząco ułatwiła asymilację ukraińskich elit. Z drugiej jednak strony, instytucjonalna słabość i ogólny niedorozwój cywilizacyjny imperium rosyjskiego uniemożliwiły podobną asymilację szerokich mas chłopskich – jak miało to miejsce na przykład we Francji, gdzie kolonizacja dynastyczna, czyli przemiana różnoetnicznych „chłopów we Francuzów” (używając określenia Eugene’a Webera) dość skutecznie przebiegła w XIX wieku.11 Imperium rosyjskie niemal całkowicie zrusyfikowało miasta, ale nic nie zdołało zrobić z ogromnymi, przeważnie niepiśmiennymi wiejskimi peryferiami.12

Modernizacja radziecka, mimo pewnej, ogólnie rzecz biorąc wymuszonej ambiwalencji bolszewickiej polityki językowej i kulturowej lat dwudziestych XX wieku, znacząco zmieniła sytuację.13 Likwidacja analfabetyzmu, gwałtowna urbanizacja i industrializacja oraz wprowadzenie obowiązkowej (rosyjskojęzycznej) służby wojskowej znacząco przyspieszyły procesy asymilacyjne we wszystkich republikach, a najbardziej na Ukrainie i Białorusi. Niezwykle ważna była tu eksterminacja inteligencji narodowej i likwidacja tak zwanych „kułaków” – jako potencjalnej wiejskiej „klasy średniej” oraz zamknięcie chłopów w kołchozach, czyli uczynienie z nich pozbawionych praw niewolników – bez dokumentów tożsamości (a więc i bez prawa wyjazdu z ich ubogiego getta) i nawet bez pieniędzy (ponieważ za niewolniczą pracę płacono w naturze – jeśli w ogóle płacono).

Dalekosiężnym skutkiem tej gettoizacji było pogłębienie przepaści cywilizacyjnej między przeważnie rosyjskojęzycznym miastem a ukraińskojęzyczną wsią; podświadome, a często również świadome utożsamienie świata ukraińskiego z wiejskim – biednym, niewykształconym i „pozbawionym kultury”; wyrastanie na tym tle wśród (rosyjskojęzycznych) mieszkańców miast głębokiej pogardy wobec bardziej zacofanych, słabiej rozwiniętych i niepełnowartościowych (ukraińskojęzycznych) współobywateli ze wsi oraz przenoszenie, prawem synekdochy, tego stosunku na wszystko, co ukraińskie; wreszcie, przejmowanie tego stosunku przez mieszkańców wsi i kształtowanie się na tym tle potężnego kompleksu niższości.

W istocie bolszewicy przemienili wieś w kolonię wewnętrzną14 – analogię „trzeciego” świata w odniesieniu do miejskiego „pierwszego”, źródło bezlitosnego wyzysku gospodarczego i migracji zarobkowej na brudne, niebezpieczne i nisko płatne miejskie stanowiska. Nawet przeprowadzone za Chruszczowa wyzwolenie kołchozowych chłopów, czyli wydanie im dokumentów tożsamości, nie zmieniło ogólnej sytuacji, ponieważ zachowany został system propiski [meldunku] – jako swego rodzaju erzac wiz, za pomocą których pierwszy świat reguluje dostęp mieszkańców trzeciego świata do swoich zasobów. W istocie nawet sam proces uzyskiwania propiski przypomina pod wieloma względami zdobywanie wizy z prawem do pracy: potrzebna jest albo łapówka, albo małżeństwo (prawdziwe lub fi kcyjne), albo przyjęcie na studia, albo też znalezienie się wśród „limitowanych” – w kategorii pracowników, których z jakiegoś powodu pierwszemu światowi brakuje.

Oczywiście przy całym podobieństwie między globalnym trzecim światem a radzieckim światem wewnętrznych kolonii pamiętać należy i o znaczącej różnicy – braku w radzieckim kolonializmie podstawowego elementu rasistowskiego. Komunizm jako system pod wieloma względami stanowił bezprawie i dyskryminację wobec wielu grup, w tym etnicznych, jednak na poziomie jednostek radzieccy poddani mieli bez porównania większe możliwości uniknięcia dyskryminacji, niż kolorowi mieszkańcy Afryki, których los w dużym stopniu wyznaczany był przez sam kolor ich skóry. Dla Ukraińców taką skórą był ich „czarny” – ubogi, pogardzany, upośledzony, „kołchozowy” język. Nietrudno było, przynajmniej w drugim pokoleniu, zmienić go – co tak naprawdę w praktyce zrównało urbanizację z rusyfikacją i z niemal połowy etnicznych Ukraińców zrobiło ludzi w życiu codziennym posługujących się językiem rosyjskim.

Ten proces przemiany wczorajszych kołchozowych niewolników w nieco bardziej wolnych, zamożniejszych, a przede wszystkim mających wyższy status mieszkańców miast (z językiem rosyjskim jako oznaką tego statusu) może być ogromnie ciekawym tematem badań postkolonialnych. Obejmuje on odrzucenie autentycznego języka i związanej z nimi (przez rozmaite kody kulturowe) tożsamości; codzienne doświadczenie pogardy (realnej albo wyobrażonej) ze strony społecznie i kulturowo wyżej stojących mieszkańców miasta; regularne wstydzenie się za wiejskich, słabo wykształconych i „mało kulturalnych” krewnych; głęboką i ogromnie traumatyczną dla psychiki internalizację poczucia cywilizacyjnej wyższości „białych” nad wiejskimi „czarnymi” – rosyjskojęzycznego świata nad ukraińskojęzycznym.15

Michael Hechter w pionierskiej pracy „Internal Colonialism: The Celtic Fringe in Bristish National Development” (1975) chyba jako pierwszy napisał o “białym rasizmie” jako ważnym czynniku, podtrzymującym strukturę wewnętrznej kolonii i zapewniającym asymilację uciśnionej mniejszości (jej przemianę z “czarnych” w “białych”) albo popychającym ku radykalnemu nacjonalizmowi (czyli obronie swojej “czarnej skóry”). „Anglosasi i Celtowie nie różnią się kolorem skóry – pisał, – a jednak rasizm kwitnie również tam”.16

„(1) Cechą charakterystyczną imperialnej ekspansji jest upośledzenie autochtonicznych kultur grup peryferyjnych. (2) Jednym ze skutków takiego upośledzenia jest osłabienie woli i zdolności autochtonów do stawiania oporu wobec reżimu kolonialnego. (3) Inkorporacja polityczna znacząco wpływa na postęp anglicyzacji, która realizowana jest nie tylko na mocy rządowych dekretów, ale również w drodze dobrowolnej asymilacji elit peryferyjnych” [Hechter, 24].

Alexander Motyl, omawiając podobne problemy na „wschodniosłowiańskich obrzeżach” imperium rosyjskiego, przede wszystkim na Ukrainie, używa bardziej precyzyjnego terminu „suprematyzm” na określenie pogardliwego stosunku znacznej części ludności rosyjskojęzycznej, w tym elit rządzących, do języka ukraińskiego jako rzekomo niepełnowartościowego i niedorozwiniętego, a stąd również do jego użytkowników jako do ludzi drugiej kategorii (słabo wykształcona „wieś” bądź też ideologicznie nacechowani „nacjonaliści”).17 Rosyjski suprematyzm jako pewien światopogląd i dyskurs bez wątpienia stanowią pochodną sytuacji kolonialnej, opisanej przez tego samego Motyla ponad ćwierć wieku temu:

„Używanie danego języka ma ogromne znaczenie symboliczne w spolityzowanym środowisku językowym i jednoznacznie ustawia mówiącego po jednej ze stron barykady ideologicznej… Ukraińscy dysydenci […] wyczuwali, że używanie języka ukraińskiego jest równoznaczne z byciem w opozycji wobec państwa sowieckiego… Choć żaden akt prawny w zasadzie nie zabraniał odstępstw od „normalnego” zachowania językowego, nie-Rosjanie w ogóle, a Ukraińcy w szczególności doskonale wiedzieli, że uparte posługiwanie się własnym językiem, zwłaszcza wśród Rosjan, będzie odbierane jako zaprzeczanie „przyjaźni narodów” i przejaw niechęci wobec „ludzi sowieckich”. Właśnie dlatego, że języki ukraiński i rosyjski są wzajemnie zrozumiałe, używanie ukraińskiego w kontakcie z rosyjskojęzycznymi rozmówcami było tak jawnym démarchem wobec ducha, jeśli nawet nie litery rusyfikatorskiej polityki, że każdy bezczelny człowiek, który na podobny démarche się odważył, automatycznie otrzymywał etykietkę „banderowca”, „petlurowca”, „burżuazyjnego nacjonalisty” lub w najlepszym razie niewdzięcznego krewnego „starszego brata”. Mało kto spośród Ukraińców ryzykował narażanie się na publiczne potępienie, utratę pracy czy nawet więzienie w imię czystości językowej. Większość, by uniknąć szowinistycznych reakcji i podejrzeń o nielojalność, przechodziła na rosyjski”.18

Należy podkreślić, że kolonializm wewnętrzny nie był w imperium rosyjsko-radzieckim czysto ukraińskim zjawiskiem. Zamknięcie chłopów w systemie kołchozowym wszędzie, w szczególności także i w Rosji, pogłębiło dramatyczną przepaść cywilizacyjną między „pierwszym” (miejskim) i „trzecim” (wiejskim) światem. Jednak w Rosji „pierwszy” i „trzeci” świat mówiły tym samym językiem; zarówno kolonizatorzy, jak kolonizowani należeli tu do tej samej kultury i etnosu. „Trzeci” świat w Rosji był tak samo biedny, zacofany i upośledzony, jak na Ukrainie. Jednak Rosja miała także „pierwszy” świat – świat Moskwy, Leningradu i innych dużych miast, w których narodowy język i kultura jeśli nawet nie kwitły, to przynajmniej się rozwijały, mimo wszystkich ograniczeń ideologicznych – czego w żadnym razie nie można powiedzieć o Kijowie, Odessie czy Charkowie. (Za jedyny częściowy wyjątek uznać można miasta zachodniej Ukrainy, w których urbanizacja nie oznaczała rusyfikacji, ponieważ miejscowa ludność nie zinternalizowała kompleksu niższości wobec kolonizatorów. Tutaj postrzegano ich zgodnie z paradygmatem krajów Europy Wschodniej i krajów bałtyckich – przeważnie jako okupantów. Niemniej, peryferyjne położenie tego regionu, szczególna represyjność reżimu i do dziś nie przerwane propagandowe, sztuczne wyolbrzymianie różnic regionalnych sprawiają, że jego rola w ogólnoukraińskim kontekście jest ogólnie marginalna).

W istocie wszędzie poza Rosją kolonializm wewnętrzny zyskał cechy kolonializmu zewnętrznego, rosyjsko-radzieckiego. Ucisk społeczny nabrał zabarwienia narodowego. Pierwszy świat mówił po rosyjsku, trzeci – w językach lokalnych, które stawały się swego rodzaju stygmatem, czarną skórą, oznaką zacofania cywilizacyjnego albo, jeszcze gorzej, nieprawomyślności politycznej.

Wnioski
Podsumowując, możemy powtórzyć za Davidem Moorem, że postkolonialność jest dziś tak globalnym, uniwersalnym zjawiskiem, a doświadczenie kolonialne na tyle szerokie i różnorodne, że każda kultura i jednostka w nieunikniony sposób nawiązuje z nimi jakieś stosunki – poprzez prefiksy neo-, post-, eks-, anty-, endo-, nie-. Można dyskutować, czy naprawdę postkolonialność, jak stwierdza Moore, „stała się tak samo fundamentalna dla światowych tożsamości, jak szereg innych uniwersalnych kategorii – rasy, klasy, kasty, wieku, płci”. Albo – czy dane miejsce rzeczywiście należy uważać za „postkolonialne”. Ważniejsze jest co innego – czy „hermeneutyka postkolonialna rzeczywiście pomaga nam lepiej zrozumieć dane miejsce i daną sytuację [Moore, 124]. Właśnie o produktywność „hermeneutyki postkolonialnej” chodziło również Dorocie Kołodziejczyk i Cristinie Sandru, kiedy wzywały do pełnego wykorzystania teoretycznych osiągnięć studiów postkolonialnych przy równoczesnym zachowaniu zdrowego sceptycyzmu wobec wszelkich nazbyt bezpośrednich zestawień i zapożyczeń, a także pełnego wykorzystania „auto-refleksyjnej wartości prefiksu ‘post-‘ w postkomunizmie i postkolonializmie”. Chodzi, jak pisały, o „wszechstronne badanie regionu w ramach europejskiej nowoczesności, a nie o wywalczenie dla niego jakiegoś szczególnego postkolonialnego statusu” [Kolodziejczyk & Sandru, 116].

W przedmowie do ukraińskiego wydania swojej klasycznej pracy In Other Worlds Gayatri Chakravorty Spivak w podobny sposób zachęcała kolegów do pełniejszego opanowania metodologii postkolonialnej: „Twórcze zastosowanie modelu ‘kolonizator-kolonizowany’ na waszych terenach – pisała – może wzmocnić i odświeżyć dyskurs kolonialny oraz studia postkolonialne, a także będzie sprzyjać wypracowaniu bardzo interesującego modelu”.19

Doprawdy byłoby naiwnością uważać, że podejście postkolonialne wyjaśni wszystkie ukraińskie problemy. Ale jeszcze bardziej naiwne byłoby myślenie, że można się bez niego całkowicie obejść przy omawianiu problemów związanych z ukraińską tożsamością, rusyfikacją, podziałami regionalnymi, ambiwalentnym stosunkiem do Rosji i Zachodu (oraz uosabianych przez nie wartości) itd. „Oczywiste wydaje mi się – pisał nie tak dawno jeden z czołowych zachodnich ukrainistów, Myroslav Shkandrij – że studia postkolonialne, obok studiów feministycznych i badań nad podporządkowaniem, są tą sferą, na którą ukraińscy uczeni powinni zwrócić uwagę. Koncepcje, metody, idee i wzorce zapożyczone ze studiów postkolonialnych mogą dostarczyć wyraźnej stymulacji analizom ukraińskiego doświadczenia kulturowego”.20

Tekst powstał z prezentacji na konferencji “Kultura sytuacji postkolonialnej”
na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu 6.05.2013.

Z języka ukraińskiego przełożyła Katarzyna Kotyńska

Dr Mykoła Riabczuk – krytyk literacki, eseista i publicysta, politolog. Współpracownik Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska, wykładowca gościnny w Studium Europy Wschodniej UW. Autor licznych książek i artykułów na temat społeczeństwa obywatelskiego, tożsamości narodowej, nacjonalizmu i transformacji postkomunistycznej w byłych republikach radzieckich.

1 David Moore, Is the Post- in Postcolonial the Post- in Post-Soviet? Toward a Global Postcolonial Critique, PMLA, vol. 116, no. 1, 2001. Dalej wszystkie odwołania do tego artykułu bedą podawane bezpośrednio w tekście z zaznaczeniem cytowanej strony.

2 T. Snyder, Skrwawione ziemie, Warszawa 2011.

3 R. Putnam, Demokracja w działaniu: Tradycje obywatelskie we współczesnych Włoszech, Kraków 1995.

4 D. Kołodziejczyk, C. Sandru, Introduction: On colonialism, communism and east-central Europe – some reflections, “Journal of Postcolonial Writing”, 2012, vol. 48, nr 2, s. 113.

5 M. Pawłyszyn, Szczo pere-tworiujet’sia w Re-kreacijach Jurija Andruchowycza?, „Suczasnist’”, 1993, nr 12, s. 116.

6 S. Wełyczenko, Czy buła Ukrajina rosijśkoju kołonijeju? Dejaki zauważennia szczodo poniattia kołonializm, „Ukrajina moderna”, 2009, nr 3.

7 Yu. Slezkine, Arctic Mirrors: Russia and the Small Peoples of the North, Ithaca, Cornell UP, 1994.

8 S. Layton, Russian Literature and Empire: Conquest of the Caucasus from Pushkin to Tolstoy, Cambridge, Cambridge UP, 1994.

9 Najbardziej wyraźnie to stanowisko zostało wyrażone w znanym artykule Milana Kundery „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej” (1974), publikacja polska: „Zeszyty Literackie”, 1984, nr 5.

10 A. Kappeler, Mazepintsy, Malorossy, Khokhly: Ukrainians in the Ethnic Hierarchy of the Russian Empire, [w:] Culture, Nation, and Identity, red. A. Kappeler et al., Edmonton, CIUS, 2003.

11 E. Weber, Peasants into Frenchmen: The Modernizarion of Rural France, 1870–1914, Stanford, CA, Stanford University Press, 1974.

12 A. Miller, “Ukrainskij wopros” w politikie włastiej i russkom obszczestwiennom mnienii (wtoraja połowina XIX wieka), Sankt-Pietierburg, Aletieja, 2000.

13 Т. Martin, An Affirmative Action Empire: The Soviet Union as the Highest Form of Imperialism, [w:] A State of Nations: Empire and Nation-Making in the Age of Lenin and Stalin, red. R. G. Suny, T. Martin, Oxford, Oxford UP, 2001.

14 A. Etkind, D. Uffelman, I. Kukulin, Wnutrienniaja kołonizacija Rossii: mieżdu praktikoj i woobrażenijem, [w:] A. Etkind i in. (red.), Tam, wnutri. Praktiki wnutrienniej kołonizacii w kulturnoj istorii Rossii, Moskwa, NLO, 2012.

15 Pierwszą próbę psychologicznej czy nawet psychoanalitycznej interpretacji procesów asymilacyjnych i ich skutków na ukraińskim materiale podjęła badaczka z Harvardu, Oksana Hrabowycz, w wystąpieniu na II kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Ukrainistów (Lwów 1993). Ukraiński przekład: Spadszczyna kołonializmu w suczasnij Ukrajini. Kilka kluczowych pytań, „Arka”, 1994, nr 2.

16 M. Hechter, Internal Colonialism: The Celtic Fringe in British National Development, 1536-1966, London, Routledge, 1975, s. xvi-xvii.

17 А. Motyl, Soviet-Style Imperialism & the Ukrainian Language, “World Affairs Journal”, 11.02.2013. Dostęp elektroniczny: http://www.worldaffairsjournal.org/blog/alexander-j-motyl/soviet-styleimperialism-ukrainian-language

18 A. Motyl, Will the Non-Russians Rebel?, Ithaca, Cornell UP, 1987, s. 100-101.

19 G. Cz Spiwak., W inszych switach. Eseji z pytań kulturnoji polityky, Kyjiw, Wseswit, 2006, s. 21.

20 M. Shkandrij, The Postcolonial Moment in Ukrainian Writing, [w:] // From Sovietology to Postcoloniality. Poland and Ukraine from a Postcolonial Perspective, red. J. Korek, Huddinge, Sodertorns hogskola, 2007, s. 83.

Granica Ural

Zaur Gasimow

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w: "Nowy Prometeusz", nr 4, październik 2013, ss. 67-76]

1Zgodnie z definicją niemieckiego historyka zajmującego się Europą Wschodnią, Karla Schlögela miejsca pamięci „obejmują pamięć wszystkich miejsc, w których wydarzyła się dana historia”2. Ural – temat tego artykułu – stanowi zarówno miejsce geograficzne, ściśle powiązane z klasyczną europejską kartografią, jak również pojęcie związane z mapą wyobrażeniową.

Wracając do Uralu, jako miejsca pamięci, definicji Schlögela nie można odbierać dosłownie, ponieważ historia nie wydarzyła się bezpośrednio w tym miejscu. Nie odegrała się tam żadna bitwa, ani nie miało miejsca zawarcie żadnego porozumienia pokojowego istotnego dla Europy. Jednakże miejsce to przedstawiane jest jako medium, poprzez które mamy dostęp do określonych i licznych przejawów pamięci. Ural to wielopoziomowe europejskie, jak i eurazjatyckie miejsce pamięci. Warto zwrócić uwagę na etymologię pojęcia Ural, które wzięło swój początek z języka baszkirskiego i w tej formie zawędrowało do rosyjskiego, a później do innych europejskich języków.

Dla opisu tego miejsca pamięci kluczowe są jego toponimia i geografia. Doświadczenie Europejczyków na omawianym obszarze pojmować można w sensie przenośnym jako region, jako granicę pomiędzy Europą i Azją, a w końcu jako symboliczną wartość Rosji, ze szczególnym znaczeniem dla pogranicza Europy. Ural w tej perspektywie to jednocześnie góra, jak i rzeka, granica, przedsionek Syberii i wreszcie sama Rosja.

Ural jako miejsce
W żadnym innym miejscu Eurazji nie jest się tak zdezorientowanym jak na Uralu, chociaż znajduje się tam drogowskaz Evropa-Azija, który powinien demonstrować przejeżdżającym kierunek na Europę i Azję oraz zaznaczać granicę pomiędzy dwoma kontynentami. Ural był i będzie postrzegany jako miejsce, które dzieli i odgradza Europę od Azji, Zachód od Wschodu, miejsce tworzące własne granice oddzielające to co jest tu, od tego co jest tam.

Po tamtej stronie Uralu to publikacja, wydana w 1967 roku, w Londynie, autorstwa angielskiej historyczki Violet Conolly.3 Autorka w latach 1928-1934 przebywała na wyprawie naukowej w ZSRR, badając rozwój ekonomiczny sowieckiej Azji. Na mapie w jej książce region ten obejmuje swoim zasięgiem, oprócz Syberii i Azji Centralnej, również Daleki Wschód. Monografia ta, wydana w szczytowym punkcie zimnej wojny (1967), przedstawiała Ural jako miejsce graniczne. Kolory na mapie dzieliły i odgraniczały różne regiony, podczas gdy Ural przedstawiony został jako czarna linia, wzdłuż pasma od miejsc granicznych przy wschodnim krańcu europejskiej Rosji. Taka perspektywa nie była w swej istocie ani angielska, ani nie została wywołana napiętymi stosunkami na linii Wschód-Zachód lat sześćdziesiątych XX wieku. Był to dyskurs europejski, który już wiek wcześniej przedstawiał stare góry Uralu właśnie jako Ural.

Ural z biegiem historii postrzegany był w rożny sposób. Pochodzący z Kazania publicysta emigracyjny, Ayaz Ishaki w 1933 roku wydał w Paryżu historię Uralu, zawierającą wiele map regionu Idel-Oural. „Idel” to tradycyjne tatarskie określenie Wołgi. Na francuskojęzycznej mapie region ten został przez autora przyporządkowany do obszaru pomiędzy Russie, Don-Kouban oraz Sibérie. Według Ishakiego Ural nie miał nic wspólnego z właściwą Rosją, zredukowaną jedynie do Moskwy. Powstający w okresie międzywojennym ruch prometejski również umiejscowił go poza historyczną Rosją. Prometeiści pamiętali, że jednym z utraconych w wyniku sowietyzacji miejsc był właśnie Ural.

Również dla bolszewików Ural był miejscem pamięci. Tam, w walce przeciwko białym, w 1919 roku, zginął przywódca rewolucji Wasilij Czapajew. W 1936 roku poetka Zinaida Aleksandrowa poświęciła mu wiersz, który stał się przebojem – Ural-Ural rzeka. Głucha cisza.4 Miejsce to zatem stanowi również symbol męczeństwa bolszewików.

Ural był również ważnym tematem twórczości Borysa Pasternaka, który w 1916 r. napisał wiersz Ural po raz pierwszy, a już kilka lat później kolejny – Ural. W tym drugim utworze węgiel, kamień i noc oznaczają właśnie Ural. Jest nawet mowa o „Caracie węgla” i „Caracie trupów”. Główni bohaterowie powieści Dzieciństwo Luwersa oraz Doktor Żywago żyją właśnie na obszarze Uralu. Jest to okres rosyjskiego annus mirabilis 1917. Ural uczestniczył nie tylko w przestrzeni rewolucji politycznej i rozwoju przemysłu, w tym głównie górnictwa. Stanowił także miejsce współistnienia wielu grup etnicznych oraz był przestrzenią komunikacyjną Europejczyków, Rosjan i Azjatów. Ural jest swoistym uśpionym terytorium, obszarem idealistów, będąc jednocześnie pulsującą peryferią.

W okresie międzywojennym na obszarze Uralu przebywało wielu znanych Europejczyków, spośród których wielu było komunistami. Region jako temat publicystyki europejskiej zainicjowany został przez niemieckiego, robotniczego poetę Maxa Barthela. Jego książka Der rote Ural (Czerwony Ural) ukazała się w Berlinie w 1921 roku. Z kolei francuski poeta, Louis Aragon (od 1927 r. członek Francuskiej Partii Komunistycznej), odwiedził Ural w 1932 roku wraz ze swoją żoną Elisą Triolet. Wrażenia z tej podroży ukazały się w tomie poezji Hourra l’Oural (1934). Aragon był zachwycony przemysłowymi metropoliami – Swierdłowskiem (Jekaterynburgiem) oraz Orenburgiem. Oczarowany napisał wiersz Les amants de Magnitogorsk. W Magnitogorsku, mieście przemysłowym założonym w 1929 roku, pracował w latach 1930-31 późniejszy polityk Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec Erich Honecker.

W tym okresie Ural był nie tylko najważniejszym centrum przemysłowym ZSRR. Stanowił również dużą część ogólnoradzieckich systemów obozowych, gdzie skazanych zostało wielu więźniów, deportowanych z zachodniego, europejskiego terytorium Rosji radzieckiej. Był miejscem, gdzie rozegrał się tzw. „czerwony terror” (Jörg Baberowski).

Ural już wcześniej stanowił miejsce panowania bezgranicznej przemocy i barbarzyńskich czynów. To właśnie tam ostatni car Rosji, Mikołaj II był przetrzymywany w miesięcznym areszcie i gdzie, w Domu Ipatiewa w Jekaterynburgu, w lipcu 1918 roku, został zamordowany wraz ze swoją rodziną. Dla europejskiej szlachty, silnie związanej z carską dynastią, Ural to miejsce pamięci, gdzie dokonała się kaźń. Na miejscu Domu Ipatiewa w latach 2002-2003 wzniesiono Cerkiew na Krwi, która stała się celem pielgrzymek dla rosyjskich monarchistów.

Ural jako miejsce zsyłki
W europejskiej pamięci, jeszcze przed okresem międzywojennym, Ural postrzegany był jako srogie miejsce zsyłki. Podczas pierwszej wojny światowej, polski malarz Eugeniusz Geppert, dostał się do rosyjskiej niewoli. Późniejsze wspomnienia z miejsca zesłania przelał na swoje obrazy.

Ural w życiu austriackiego pisarza – Heimito von Doderera, odegrał podobną rolę. Na początku pierwszej wojny światowej, został on deportowany na wiele lat na Syberię i Ural, co opisał w powieści Der Grenzwald (1967). Główni bohaterowie byli austriackimi ofi cerami, niemieckojęzycznymi Węgrami i Wiedeńczykami, którzy w czasie niewoli za Uralem rozliczyli się z rosyjską literaturą i językiem, jak również z wielokulturowością odchodzącej w przeszłość monarchii Habsburgów. Na przełomie lat 1917-1918, już w trakcie procesu stopniowego upadku caratu, rozpoczęła się wojna austriacka, w czasie której sieć kolejowa przez miesiąc znajdowała się pod kontrolą czeskich legionów. Ich członkowie, walczący przeciwko monarchii austro-węgierskiej, na licznych stacjach kolejowych na Uralu nawiązali kontakt z „zaufanymi obcymi” – jeńcami wojennymi, którzy ze stacji tych wracali z wojny. Ural u Doderera jest miejscem spotkań Europejczyków, Wiedeńczyków i mieszkańców Pragi. W czasie drogi powrotnej żywili nadzieję, że zostanie on zdobyty i, że wkrótce powrócą do Wiednia.

W tym samym czasie tworzył Hans Kohn, badacz nacjonalizmu, który zapuścił się jeszcze bardziej w głąb kraju, na drugą stronę Uralu, do Azji Centralnej. Arnold Toynbee, we wstępie autobiografi i Hansa Kohna, napisał o wielu podróżach „i nie tylko po zachodniej części Gór Uralu”. Góry Uralu prezentuje się tutaj jako przejście do i granicę przestrzeni, która jest mało zbadana i stanowi synonim trudności i zagrożeń. Sam Ural to, jego zdaniem, bogate w minerały pustkowie, choć było w nim też coś fascynującego. Podobne wspomnienia tego miejsca znajdziemy u krytyka Stalina – wybitnego rosyjskiego poety Osipa Mandelsztama, który w 1934 roku został skazany na trzyletnie zesłanie.

Ural był miejscem nie tylko zsyłki dla pojedynczych osób, lecz dla całych grup etnicznych i religijnych. Starowiercy rosyjscy zostali tam przesiedleni na przełomie XVIII i XIX wieku. W czasie pierwszej wojny światowej przesiedlenia wyglądały podobnie. „Ludzie przeprowadzają się z małymi dziećmi, swoimi majątkami, z braku żywności, poganiają swoje bydło przodem. Wkrótce pochód na stacji kolejowej zostanie wepchany do wagonów i będą jechali dniami i tygodniami daleko za Ural”. Tak, w 1976 roku, pisała ukraińska historyczka Natalija Polonska-Vasylenko na emigracji w Monachium, w swojej monografii
przymusowego uchodźctwa Ukraińców w caracie. O podobnych wydarzeniach wspominać mogła polsko-żydowska intelektualistka Zofi a Hertz. Jej mąż Zygmunt został w 1940 roku, jak wielu innych Polaków, zatrzymany przez NKWD oraz deportowany na terytorium Uralu.

Ural jako granica
Ural jako granica przedstawiony został zarówno przez austriackich jeńców wojennych w Der Grenzwald Doderera jak i przez młodą Rosjankę, Żenję Luwers w Dzieciństwie Luwersa Pasternaka. Wcale nie chodzi tu o wywoływanie novum w europejskiej literaturze XX wieku. Korzenie dyskusji na temat Uralu jako granicy między Europą a Azją miały miejsce już w XVIII wieku. Szwedzki geograf Filip J. von Strahlenberg, w sprawozdaniu Północna i wschodnia część Europy i Azji z 1730 roku, zdefiniował góry Ural jako granicę. Naukowy spór Europejczyków o wschodnią granicę Europy został także podchwycony przez rosyjskiego geografa Wasilija Tatiszewa który prezentował kilka odchyleń od ustalonego przebiegu granicy na Uralu. Rosyjski rząd postanowił o ustanowieniu tam posterunku granicznego – jak to opisał historyk Richard J. Evans „at which generations of convicts trudging their way in irons to Siberia would kneel and touch the earth, running the last crumbs of European soil through their fingers before relinquishing it for ever”5.

Ural, kiedy mowa jest o konwencjonalnej granicy między dwoma kontynentami, skupia na sobie uwagę nie tylko europejskich i rosyjskich geografów. Godnym uwagi jest także naukowe zaangażowanie niemieckiego etnologa Petera S. Pallasa, który na zaproszenie Katarzyny II przybył do Petersburga w 1767 roku, jak również Alexandra von Humboldt, który odwiedził Rosję w XIX wieku. Z tych pobytów w Rosji pochodzi trzyczęściowe dzieło Podróż przez różne prowincje carskiej Rosji Pallasa oraz Na Uralu i Ałtaju Humboldta. Dzieła te świadczą o specyficznym zainteresowaniu Rosją niemieckich i rosyjskich uczonych. Jeszcze do XVIII wieku Ural był całkiem dobrze znany w całej prawie Europie co opisywał Gerard Delanty. Natomiast już w wieku XIX był on dla europejskich intelektualistów egzotycznym Wschodem, tak jak i sama Rosja. W Europie nie panowała nigdy zgodność co do przebiegu jej wschodniej granicy. Regiony graniczne były postrzegane z jednej strony z obawą, a z drugiej z fascynacją. Zainteresowanie funkcjonowało na tle tych dwóch odczuć – chciano zbadać to co nieznane. W XIX i XX w., w procesie definiowania europejskiej tożsamości oraz (re)-konstrukcji europejskiej samooceny, w Europie debatuje się intensywnie na temat przyłączenia i wykluczenia, w perspektywie politycznej i kulturalnej, granicy kontynentu. W tym kontekście stawiano pytanie, czy Rosja w całości jest częścią Europy, czy też tylko do pasma Uralu.

Ural jako Rosja
Ural jest „dzisiejszą podręcznikową granicą Europy”, pisała szwajcarska etyczka Sonia Dänzer, opierając się na angielskim historyku Gerardzie Delanty. Wskazywał on w swojej pracy Inventing Europe z 1995 roku szczególnie na to, że wysokie góry Uralu nie są tylko formalną, lecz „prawdziwą geograficzną granicą”. Bogdan Mirtczew, bułgarski historyk, pisał: „Ural jest geograficzną granicą europejskiego obszaru Rosji, ale to czy te góry mogą stanowić również europejską granicę kulturową, nie jest pewne”6. W końcu, chodzi mniej o same góry Uralu, ale głównie o Rosję, która ze strony Europejczyków nie była postrzegana jednoznacznie. Uralowi, w tym kontekście, odebrano cechy kultury pogranicza. Granica ta oddziela europejskość od nie-europejskości. Rozważania te nie są rezultatem europejskiej modernizacji dyskursu rosyjskiego. Jeszcze w XIX wieku w zachodniej Europie Rosję potocznie postrzegano, jak to trafnie odnotował Jürgen Osterhammel, jako „dziwną i osobliwą cywilizację na obrzeżu Europy”.

Jednak, jeśli nie można wytyczyć politycznej, bądź kulturalnej granicy Europy, to powinna ona zostać zdefiniowana przynajmniej geograficznie. Niemiecki geograf Freiherr Friedrich W. von Reden napisał w swoim dziele Russland´s Kraft-Elemente und Einfl uss Mittel z 1854 roku: „Rosja stanowiła przejście z Europy do Azji, tak jak Półwysep Pirenejski do Afryki. Pod każdym względem związana jest ona tak ściśle z obydwoma kontynentami, że nie sposób zauważyć granicy kulturowej ani administracyjnej. Europejska kulturalność, powierzchowne wykształcenie i azjatyckie barbarzyństwo mieszają się ze sobą w jej wschodnich guberniach. Stąd trzeba szukać granicy naturalnej, która na południu znajduje się na Kaukazie, a na wschodzie na rzece i górach Uralu.”

Polski znawca Rosji, Włodzimierz Bączkowski w swojej książce Russia and Asia twierdził, że Ural nie dzieli zupełnie różnych obszarów przestrzeni. Ural jest tylko umownym tworem geograficznej granicy. Jednocześnie wskazywał, że dwie trzecie rosyjskiego terytorium leży na obszarze zeuropeizowanej Azji. Zatem Rosja, mimo faktu, iż od czasów Piotra Wielkiego znajdowała się pod wpływem Europy, w tym kontekście nie jest sukcesorką Bizancjum. Dla Bączkowskiego, jak i wielu innych środkowoeuropejskich intelektualistów, wschodnia granica Europy nie przebiegała na obszarze Uralu. Austriacki felietonista Karl E. Franzos, autor książki Z pół-Azji, który w 1875 roku podróżował sam z Wiednia do Czerniowiec, napisał: „polscy geografowie w skrajnym wypadku określają Don jako granicę. Kiedy byłem raz w szkole klasztornej w Baranowie na Podolu (…) zostałem poddany krytyce, ponieważ byłem zdania, że Moskwa leży w Europie. „W Azji!” zawołał ojciec Marcellinus”. Franzos zapytany przez zatroskaną damę w przedziale pociągu, krótko po wyjeździe z Krakowa, czy są już w Azji, odpowiedział, że nastąpi to dopiero kiedy dojadą na Ural. Jednocześnie obalił tezę o Uralu jako granicy, ponieważ znajdował się przecież już na terenie opisywanej przez siebie „pół-Azji”. W tym właśnie kontekście przedstawił tę (nie)- granicę.

Inne pytanie, do dziś zajmujące część uwagi Europy, to przynależność przestrzenna Rosji. Holenderski dziennikarz Geert Mak umiejscowił jej wschodnią granicę wcale nie na terytorium Uralu. W swoim bestsellerze W Europie. Podróż przez XX wiek napisał: „porzuciłem Europę, kiedy byłem w Petersburgu, Moskwie i Wołgogradzie”. Ludzie marzą tam o tym, aby wyemigrować do Europy, tam znajduje się miejsce, które mieszkańcy Europy odczuwają jako inne – nie będące w Europie. Także mieszkańcy Uralu, według logiki Maka, mogliby postrzegać Europę jako przestrzeń, do której chętnie podróżują. Oni sami poruszają się w kompletnie innej.

Europa od Atlantyku do Uralu
Pod koniec lat pięćdziesiątych XX w. Generał de Gaulle zaproponował koncepcję Grande Europe od Atlantyku do Uralu. Idea ta była intensywnie promowana przez jego sojuszników również w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W biurze politycznym w Moskwie wywołała zrozumiałą niechęć i bunt. Chruszczow widział w niej próbę rozbicia ZSRR. Francuski polityk Rene Courtin przedstawił w swojej rozprawie L’Europe de l’Atlantique á l’Oural koncepcję de Gaulle’a w kategoriach polityki zagranicznej. Idea mocarstwowej równowagi po okresie wojen w Europie była, z francuskiej perspektywy, połączona ze współpracą pomiędzy Paryżem a Moskwą. Do tego doszedł jeszcze aspekt kulturalny, ponieważ w XVIII wieku Rosja była „wielbicielką kultury francuskiej” („admiratrice de la civilization française”). Rosja znajdująca się w strefie europejskich wpływów kulturalnych, nie była jednak postrzegana jako europejski obszar geografi zny. Według Courina, terytoria za Uralem i Syberią w 1963 roku oznaczały dla Rosji to samo co Algieria dla Francji. Rosja aż po Ural jest zatem siłą europejską, krawędzią i częścią politycznej Europy. We Francji poglądy te zostały zrewidowane w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. Pierre Gourou napisał jeszcze kilka lat przed upadkiem ZSRR: „znaczenie ZSRR i postępująca integracja różnych części kraju nie pozwalają na mówienie już więcej o Europie do Uralu. 22 400 000 km2 oraz 270 milionów mieszkańców Rosji radzieckiej tworzą Europę „dla siebie””. Co jednak stało się z granicą na Uralu? Czy można określić ją słowami Schlögela jako „wędrującą granicę”?

Jeśli pierwotna, zewnętrzna i geopolityczna koncepcja Europy „od Atlantyku po Ural” gaullistów była charakterystyczna dla XX w., to już w kolejnym stuleciu Ural został przyjęty i przesunięty jako symboliczna granica Europy. Granica pomiędzy Europą, a Azją, która w czasie zimnej wojny przyporządkowała Moskwę i Leningrad wyraźnie Europie, była, nieprzerwanie od połowy XVIII wieku, tak właśnie opisywana. „The epicentre of 1989 was Europe between the Rhine and the Urals”, pisał historyk Timothy Garton Ash w komentarzu dla „The Guardian” w 2009 roku. Granicą Europy jest Ural, łańcuch górski w środku Rosji. Idea ta reprezentowana jest także dziś przez europejskich intelektualistów, wspierających bliskie relacje między Unią Europejską a Rosją. Politolog Alexander Rahr ogłosił w „Internationale Politik” w 2009 roku, że „Europa nie istnieje bez Rosji”. W opublikowanym w „Tagesspiegel”, w marcu 2008 roku, artykule Rosja jest także Europą, były niemiecki minister spraw zagranicznych Hans-Dietrich Genscher pisał o europejskim systemie wartości przedłużając go „od Atlantyku do Uralu”. Genscher pisał: „Europa nie kończy się na wschodniej granicy Polski. Nie możemy zapomnieć także, że wielki europejski naród Rosjan przyczynił się do rozwoju europejskiej kultury i tożsamości naszego kontynentu”. Znaczenie Uralu jako granicy zastąpione zostało przez symbol Władywostoku.

Idee Rahra i Genschera podzielone zostały przez szereg niemieckich historyków. Jako przykłady wspomnieć można rozprawy Georga von Raucha (1958), Dietricha Geyera (1993) i Leonida Luksa (2008), którzy dochodzą do wniosku, że Rosja, z tego punktu widzenia, stanowi integralną część Europy. Koncepcja przynależności Rosji do Europy miała długą tradycję w Republice Federalnej Niemiec. Sformułował ją już w 1949 roku publicysta Artur W. Just w artykule Rosja w Europie. Myśli o problemach wschodnich zachodniego świata. Rozwój intelektualny Zachodu został, jego zdaniem, zatrzymany przez istnienie „żelaznej kurtyny”. Europa nie kończy się dziś na Renie, Odrze, Wiśle albo na Uralu, lecz sięga aż do Władywostoku i Kamczatki. Jeśli ktoś myśli w kontekście półkul, musi być świadomy, że tylko cieśnina Beringa oddziela je od siebie.

Ural jest „magiczną linią oddzielająca Europę od Azji”7 – tak brzmi komentarz polskiego reżysera filmowego, Wojciecha Krzemińskiego. Jest symboliczną granicą pomiędzy dzisiejszą a komunistyczną Rosją. Rosja jest światem samym dla siebie, który niezależny jest od podziału geograficznego. W opinii Krzemińskiego jest inna niż Europa, ale także inna niż Azja. Jeśli wspomniany wcześniej drogowskaz nie informowałby podróżujących, że nie są już w Europie lecz znajdują się w Azji, w ogóle nie zostałoby to przez nich zauważone. Krzemiński przedstawia dyskusję, czy Ural jest granicą, czy nie, czy po obu stronach Uralu leżą dwa różne światy, dwie różne kultury?

„W przestrzennym wyobrażeniu Rosji Ural nie jest granicą pomiędzy Europą i Azją: mieszkańcy regionów Jekaterynburga i Czelabińska kojarzą Europę do jeziora Bajkał”, pisał francuski geograf Denis Eckert. Według niego Europa nie kończy się na Uralu. Powstała granica jest produktem geografów – region nie jest zamkniętą granicą, a częścią Rosji, która nie dysponuje żadną odrębną, lokalną „świadomością uralską” (conscience ouralienne). Dla mieszkańców zachodniej części kraju („zapadników”) Rosja jest całkiem europejska. Rosja „przed-uralska” to żadna Europa dla słowianofilów (Danilevskij, Leontjew), zwolenników idei „Moskwa – trzeci Rzym”, euroazjatów (Trubeckoj) lub też nowo-euroazjatów (Dugin), którzy zrównywali i potępiali Europę i Zachód. Rosja niepodzielnai zjednoczona stanowi niezależną przestrzeń cywilizacyjną o nazwie Eurazja. Dla nich Rosja-Eurazja stanowiła monolit bez jakichkolwiek granic wewnętrznych. Niemiecki slawista, Gerhard Gesemann napisał w 1933 roku w rozprawie Istota wschodu i zachodu: „nie ma tu żadnych gór, ani Uralu, które mogłyby przecinać ten monotonny, falisty, pagórkowaty teren”. Idea ta istniała od przełomu renesansu. Publicysta Siergiej Rybakov napisał w 2010 r. artykuł pt. Euroazjatycki południk, w którym to Jekaterynburg, położony bezpośrednio w pobliżu sześćdziesiątego południka, symbolizuje granicę pomiędzy Europą a Azją. Oba kontynenty nie są rozdzielone, spotykają się łącząc w Eurazję.

W rosyjskiej pamięci zbiorowej Ural kojarzony jest z powstaniem Jemieliana Pugaczowa z XVIII wieku. Buntownik został uwieczniony przez poetę Aleksandra Puszkina w kontekście dotyczącym tego regionu. Bolszewicy widzą w powstaniu Pugaczowa elementy komunistyczne oraz mitologizację Uralu jako centrum rewolucyjnego. Dalszym znaczącym aspektem rosyjskiej pamięci zbiorowej związanej z Uralem jest kozactwo i tradycja śpiewu. W 1924 roku, na emigracji w Paryżu, rosyjski dyrygent Andriej Szoluch założył uralski chór kozacki. Tancerze tego chóru nosili czapki podobne do tych, w których niemiecki pisarz Rainer Maria Rilke pozwolił się sfotografować podczas swojej podroży do Rosji, na przełomie wieków. Rosyjska czapka i wąsy, stereotypowe postrzeganie Wschodu, należały do wizerunku Rosjan i rusofilskich wyobrażeń Rilkego. On sam, jak i wielu innych europejskich intelektualistów, zachwycony był innością Rosji. Dla niego Ural był magnesem Rosji, miejscem pamięci, gdzie trwał mistycyzm i pierwotność. W tym właśnie kontekście postrzegano europejski (czy też szerzej – zachodni) świat idei. Pesymizm Pannwitza i Spenglera przyczynił się do tego, że Europejczycy zaczęli w Rosji szukać, tego czego brakowało im na „zepsutym” Zachodzie. Obraz Uralu Aragona8 i Pasternaka przemawia za pozytywnym wizerunkiem Rosji w zachodnioeuropejskiej i rosyjskiej kulturze pamięci.

Ural w polsko-ukraińskim świecie idei jest miejscem pamięci o cierpieniu. Polacy i Ukraińcy byli tam deportowani i Rosja stamtąd postrzegana była zdecydowanie negatywnie. Polak, Włodzimierz Bączkowski i Ukrainiec, Taras Szewczenko, którzy przebywali w latach pięćdziesiątych XIX w. w miejscu zsyłki na Uralu, rozróżniali Rosję od Europy. Mieli swój własny obraz Rosji, który różnił się od tego prezentowanego przez Aragona, Rilkego czy Genschera. Ural był dla nich przedsionkiem Syberii, bramą w głąb imperium. Ich wspomnienia ukształtowały nie piękne minerały, lecz jałowe skały. Przekroczenie Uralu i dalszy obszar Rosji nie stanowił dla nich żadnego egzotycznego misterium.

W austriackich, niemieckich, a również czeskich relacjach spisanych przez intelektualistów, którzy przeżyli niewolę po drugiej stronie Uralu, Rosja często pozostawała jednak nadal atrakcyjnym krajem. Rosyjska część Uralu jest krajobrazem przekształconym przez człowieka. Jak zauważył hiszpański pisarz Luis Morote, ten krajobraz nie jest ani Europą, ani Azją. Według Morote rosyjska autokracja spokrewniona jest z Azją. Jednak, jego zdaniem, Rosja etnicznie i kulturowo pozostaje pod wpływem Europy. Z tego punktu widzenia Ural jest geograficzną granicą, bowiem dzieli europejski kraj o wysokiej kulturze na dwie części. We wspomnieniach przedstawicieli europejskich narodów, które w XVIII i XIX w. zostały wcielone do caratu, Ural jest głuszą. Tak pisał Szewczenko w latach czterdziestych XVIII w. z Orenburga. Z drugiej strony niektórzy hiszpańscy obserwatorzy zachwyceni byli istotą „graniczności” Rosji (Grenzwesen), którą dostrzegali w „orientalnych” elementach architektury Kremla, a nawet w „orientalnym gotyku” niektórych kościołów. Dla Polski w XIX w. rosyjskie kościoły były odrażające. Orientem, wschodem Rosji nie zachwycano się w krajach bałtyckich, Polsce i na Ukrainie. Na mentalnej mapie tego regionu granica pomiędzy Europą i Rosją zaczynała się tam gdzie kończył się Zachód, gdzie łacińskie litery na ulicznych szyldach przestawały być widoczne.

Ural to wielowymiarowe miejsce pamięci. Myśląc o Uralu, Europejczycy skupiają się przede wszystkim na kwestii granicy własnego kontynentu i przestrzeni kulturowej. Ponieważ większość Europejczyków nie czuje się mieszkańcami „półwyspu azjatyckiego” (Danilevskij), to też obecne rosyjskie dyskusje o Eurazji pozostają dla nich obce. Pytanie sformułowane przez niemieckiego publicystę Michaela Thumanna, od przeszło wieku zajmuje europejskich intelektualistów, a mianowicie: „Cóż to było za imperium, położone jednocześnie w Europie i Azji?”. Ural jest jak Rosja, tak bliska, ale jednocześnie tak inna; wprawdzie nie całkiem azjatycka, a jednak europejsko niedoskonała. Ural, który oddziela Europę, ale też Rosję, od Azji, jest jednocześnie symbolem wschodniej granicy Europy i Rosji.

Dr Zaur Gasimow – adiunkt w Instytucie Orientu w Stambule, wcześniej pracownik naukowy Instytutu Historii Europejskiej w Moguncji. Specjalizuje się w historii ZSSR, w szczególności republik Południowego Kaukazu oraz w badaniach nad procesem demokratyzacji w republikach postradzieckich.

1To jest przetłumaczona przez Martę Świerzynę na język polski wersja mojego artykułu Ural, w: Heinz Duchhardt u.a. (Wyd.), Europaische Erinnerungsorte, tom 2, Munchen, Oldenbourg Verlag 2011, s. 593-600.

2K. Schlogel, Orte und Schichten der Erinnerung. Annaherungen an das ostliche Europa, w: http://www.eurozine.com/articles/2008-12-19-schlogel-de.html (dostęp 24.05.2013).

3V. Conolly, Beyond the Urals. Economic Developments in Soviet Asia, London 1967.

4Tekst tłumaczenia niemieckiego: Z. Alexandrowi, Tschapajews Tod, http://erinnerungsort.de/tschapajews-tod-_115.html (dostęp 19.08.2010).

5R.J. Evans, What is European History? Reflections of a Cosmopolitan Islander, w: “European History Quarterly”, 2010, 40, s. 596, http://ehq.sagepub.com/content/40/4/593 (dostęp 31.05.2013).

6B. Mirtchev: Der europaische Kulturraum und seine Grenze im Osten, w: U. Altermatt, M. Delgado i G. Vergauwen (Wyd.): Europa: Ein christliches Projekt? Beitrage zum Verhaltnis von Religion und europaischer Identitat, Stuttgart 2008, s. 110-111.

7http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/d4212918 (dostęp 30.08.2010).

8L. Aragon, Hourra l’Oural, w: http://www.uni-muenster.de/LouisAragon/werk/mittel/hou_z.htm (dostęp 24.08.2010).

Lew Trocki – historia upadku

Mikołaj Mirowski

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz" nr 4, październik 2013, ss. 79-94]

Bohater, rewolucjonista i legenda. A niedługo potem wróg, zdrajca i wichrzyciel. W ciągu kilku lat Lew Trocki spadł ze szczytów władzy na sam dół. Wydalony z ZSRR zginął w willi Coyoacán w Meksyku. W tym roku mija 73 rocznica jego śmierci.

Jak to się stało, że współorganizator przewrotu październikowego, twórca Armii Czerwonej, najbliższy współpracownik Włodzimierza Lenina nie został jego następcą? Dlaczego Trocki, wspaniały mówca potrafiący porwać tłumy i postać kluczowa podczas rewolucji październikowej, dał się zmarginalizować? Dlaczego to właśnie Józef Stalin, dość bezbarwny działacz partyjny, mało widoczny podczas przewrotu październikowego, przejął władzę po Leninie, rozprawił się nie tylko z Trockim ale też z innymi oponentami w łonie partii i w ciągu zaledwie pięciu lat przejął pełnię władzy nad partią, a tym samym – państwem1.

Historycy nadal spierają się, jak wyglądałby Związek Radziecki, gdyby Stalin nie zdobył władzy, a później aż tak dalece nie scentralizował jej w swych rękach2. Spór ten prowokuje na wstępie do rozwikłania zagadki, dlaczego człowiek, który mógł przerwać stalinowski marsz do pełni władzy, bowiem sam bezdyskusyjnie miał największe predyspozycje, by zostać następcą Lenina, przegrał z pozornie słabszym przeciwnikiem. Jakie były tego przyczyny?

Droga na szczyt
Lew Dawidowicz Bronstein urodził się na Ukrainie, w rodzinie wolnego, zrusyfikowanego żydowskiego chłopa jako piąte z ośmiorga dzieci (czworo z nich zmarło już w wieku dziecięcym). W jego domu rodzinnym używano mieszanki języka rosyjskiego i ukraińskiego (tzw. surżyk). Jego rodzice byli ateistami i nie używali jidysz. Już w szkole w Odessie wyróżniał się błyskotliwą inteligencją oraz uzdolnieniami literackimi i językowymi. Podobnie jak wielu rosyjskich rewolucjonistów został wciągnięty do działalności podziemnej jeszcze jako student i przed ukończeniem dwudziestego roku życia trafił na zesłanie. Pseudonim „Trocki” obrał uciekając ze sfałszowanym paszportem. Za granicą przyłączył się do skupionej wokół Lenina grupy „Iskry”. Sławę czołowego mówcy rewolucyjnego zdobył podczas rewolucji 1905 roku, jako przewodniczący rady Sankt Petersburga. Po roku 1905 był wśród rosyjskich emigrantów postacią sławną, ale wyróżniającą się nadmiernym, jak oceniano, indywidualizmem. Szedł własną drogą, gotów do sporów zarówno z Leninem, jak i z mienszewikami – wykazując się w swych tekstach równie błyskotliwą elokwencją, jak w przemówieniach. W sierpniu 1917 roku Lenin zdołał przekonać go, aby wstąpił do partii bolszewickiej. Trocki rychło dowiódł swej przydatności, wykazując także ogromny talent jako organizator. To on stworzył z Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich ośrodek, który odegrał wiodącą rolę w przygotowaniach bolszewików do powstania zbrojnego. W dużym stopniu dzięki niemu przewrotu dokonano w czasie krótszym niż 48 godzin i z minimalnym przelewem krwi. W akcji tej bolszewicy mogli liczyć na robotniczą Gwardię Czerwoną (ok. 20 tys. członków) oraz marynarzy z garnizonu w Kronsztadzie i z Floty Bałtyckiej. Garnizon piotrogrodzki był niepewny i to właśnie Trocki bezpośrednim apelem przeciągnął go na stronę bolszewicką, niwecząc nadzieje Aleksandra Kiereńskiego i Rządu Tymczasowego na zdławienie powstania. Jak wiadomo, Lenin nie brał prawie wcale udziału w realizacji przewrotu3. Dopiero w jego trakcie opuścił kryjówkę i dostał się w przebraniu do Instytutu Smolnego, gdzie mieścił się sztab Trockiego4.

Za osobisty sukces Trockiego uznać należy zdobycie Pałacu Zimowego i aresztowanie członków Rządu Tymczasowego. Jemu należy również przypisywać sprawność w natychmiastowym przejęciu władzy przez bolszewików w dniach 6 – 7 listopada (24 – 25 października) 1917 roku. Jak napisał w pierwszą rocznicę rewolucji październikowej Stalin: „Cała praktyczna organizacja rewolucji została przeprowadzona pod bezpośrednim kierownictwem przewodniczącego rady piotrogrodzkiej towarzysza Trockiego. Można z całą pewnością powiedzieć, że szybkie przejście garnizonu (piotrogrodzkiego) na stronę rady, sprawne wykonywanie zadań Wojskowego Komitetu Rewolucyjnego partia zawdzięcza głównie i przede wszystkim towarzyszowi Trockiemu”5. Dziesięć lat później poglądy Stalina w tej kwestii uległy diametralnej zmianie i to on, wbrew oczywistym faktom, zaczął kreować się na bohatera rewolucji. Na razie jednak Trocki uważany był za jej ikonę – niezależnie od faktu, że do partii wstąpił, dopiero w sierpniu 1917 roku, a jego władczy sposób bycia wywoływał oburzenie współtowarzyszy.

Działalność Trockiego w piotrogrodzkich radach w 1905 i 1917 roku oraz zasadnicza rola podczas zdobywania władzy sprawiły, że jego pozycja jako przywódcy rewolucyjnego nie była przez nikogo kwestionowana6. Zwłaszcza, gdy podczas wojny domowej dowiódł wybitnych zdolności, zyskał, jak pisał później w panegirycznym artykule Karol Radek, miano „organizatora zwycięstwa”7. To, że bolszewicy potrafili zapobiec skoordynowanemu wystąpieniu „białych”, że po kolei zdołali ich pokonać było w znacznej części zasługą błyskotliwego dowodzenia Armią Czerwoną przez Trockiego. To on stworzył ją niemal od podstaw i to dzięki niemu miała odpowiednio wykształconą kadrę dowódczą. Trocki, który w marcu 1918 roku objął stanowisko komisarza ludowego spraw wojskowych i morskich8, potrafił przeciągnąć na stronę rewolucji i wcielić do armii dziesiątki tysięcy carskich oficerów, zaprowadzić bezwzględną dyscyplinę, ogłosić masowy zaciąg i ze zbieraniny awanturników, idealistów i rabusiów stworzyć potężną armię. Sam był dla żołnierzy przykładem męstwa i bezkompromisowości9.

Przy tych wszystkich talentach i odniesionych w ich wyniku sukcesach Trocki nie potrafi ł walczyć o swoje sprawy. A taka konieczność pojawiła się, gdy stan zdrowia Lenina, rannego w zamachu 30 sierpnia 1918 roku, zaczął się gwałtownie pogarszać. Lenin nie powrócił już do pełnej dyspozycji, a od połowy 1921 roku zaczął cierpieć na dotkliwe, uniemożliwiające pracę bóle głowy10.

Po rewolucji
Budowa państwowości „nowego typu” w warunkach wojny domowej, a następnie rujnacji powojennej okazała się niełatwym problemem. Nadszedł czas spełniania przyrzeczeń, jakie niosła ze sobą rewolucja. Dyskusja, jak temu podołać, ujawniła zasadnicze różnice poglądów w kierownictwie partii bolszewickiej. Zajęte w jej trakcie stanowiska, w szczególności stosunek do nowej polityki ekonomicznej (NEP)11, narzuciły nie do końca słuszny schemat podziału w kierownictwie partii na lewicę (m.in. Trocki), prawicę (m.in. Nikołaj Bucharin) i centrum (m.in. Stalin).

Wraz z rozbudową instytucji partyjnych i państwowych coraz trudniej było o podejmowanie efektywnych decyzji. Wszystko grzęzło w ciężkiej, mało elastycznej machinie biurokratycznej. Coraz częściej piętnował to Trocki, podnosząc problem biurokratycznego skostnienia powstającego systemu, braku kontroli nad aparatem i niewydolności zarządu państwowego. Swoje koncepcje zmiany sposobu zarządzania krajem przedstawiał w publikacjach na łamach prasy, memorandach czy partyjnych polemikach. Oto przykład jednego z takich wystąpień, listu wystosowanego do Biura Politycznego KC RKP(b) z 15 stycznia 1923 roku: „Kwestią najważniejszą wielu moich pisemnych wniosków, jakie składałem w KC, była konieczność zapewnienia prawidłowego planowego kierowania na bieżąco gospodarką państwową […] Stwierdzałem, że nie mamy urzędu, który byłby bezpośrednio odpowiedzialny za planowe kierowanie nią, zdolnego dzięki swym kompetencjom, zakresowi obowiązków i aparatowi, sprawować takie kierownictwo. Zwracałem uwagę, że z tego właśnie bierze się dążenie do tworzenia coraz to nowych organów kierowniczych i koordynujących, które w ostatecznym
wyniku jedynie sobie wzajemnie przeszkadzają. Poza Radą Komisarzy Ludowych prezydium WCIK-u12 mamy jeszcze kolegium zastępców komisarzy ludowych, radę pracy i obrony, komitet finansowy, małą radę komisarzy ludowych i komisję planowania. Ponadto absolutnie wszystkie sprawy są rozpatrywane w komitecie centralnym (sekretariat, biuro organizacyjne i politbiuro). Byłem zdania, że ta mnogość instytucji o niesprawdzonych stosunkach wzajemnych, z rozwodnioną odpowiedzialnością wprowadza tylko odgórnie chaos”13.

Wiele osobistości w kierownictwie partyjnym oceniało podobne niezawisłe i ostre sądy Trockiego jako jednoznaczny wyraz pretendowania przezeń do roli nowego przywódcy.

Stan zdrowia Lenina pogarszał się, bowiem z każdym dniem. 25 maja 1922 roku nastąpił pierwszy wylew krwi do mózgu. Chory powrócił do pracy dopiero 2 października, ale musiał w tym zakresie przestrzegać licznych ograniczeń, narzuconych przez lekarzy. Skorzystał z tej sytuacji Stalin, który samowolnie mianował się nadzorcą zdrowia przywódcy partii. Przejęcie tej funkcji ułatwiło mu stanowisko sekretarza generalnego KC partii, które wcześniej przejął przy pełnej obojętności członków Biura Politycznego. Nie docenili oni zupełnie możliwości kryjących się w tej funkcji, uznając ją za czysto administracyjną.

Lenin wyczuwał zagrożenie i bezwzględność Stalina, który chciał go ubezwłasnowolnić, izolować od kontaktów z pozostałymi członkami kierownictwa partii i niejako przejąć monopol w zakresie przekazywania im jego opinii (woli). Sygnałem ostrzegawczym w tym zakresie stał się dlań konflikt na tym tle jego żony, Nadieżdy Krupskiej ze Stalinem, który podobno zachował się w stosunku do niej wyjątkowo brutalnie14. Tę zastosowaną przez Stalina taktykę izolowania „wodza rewolucji” Trocki z perspektywy czasu ocenił jako dążenie do zapobieżenia, by Lenin mógł wskazać swojego następcę i aby sprawa ta stała się przedmiotem gry w najwyższym kierownictwie partii15.

Walka o przywództwo
Tymczasem szanse Trockiego na schedę po wodzu były ogromne. Poszukując sojusznika i następcy ciężko chory Lenin zwrócił się właśnie do niego. W roku 1922 dwukrotnie proponował mu stanowisko zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych i za każdym razem spotkał się z odmową. Prawdopodobnie Trocki nie zorientował się, że propozycja objęcia funkcji pierwszego zastępcy wodza byłaby okazją do zdobycia wyjątkowej pozycji politycznej, człowieka numer dwa w partii, a tym samym – w państwie16. Sam Trocki tłumaczył tak swoją decyzję: „A więc na zastępców swoich jako przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych wyznaczył (Lenin – M. M.) z początku Rykowa i Ciurpę a później […] Kamieniewa. Uważałem, że wybór ten jest trafny. Leninowi potrzebni byli pomocnicy posłuszni […] Do takiej roli nie nadawałem się zupełnie”17.

Niedługo przed ostatnim atakiem apopleksji Lenin jeszcze raz próbował namówić Trockiego do bliskiej współpracy. Podczas prywatnej rozmowy ponownie zaproponował mu objęcie stanowiska zastępcy18. Oświadczył nawet, że jest gotów sformułować blok polityczny do postulowanej przezeń walki z biurokracją – zarówno w państwie, jak i w partii19. Kilka dni później Lenin uległ jednak wspomnianemu atakowi, który definitywnie skończył jego aktywność polityczną, i nic z tej propozycji nie wyszło.

Pod nieobecność Lenina o polityce partii i codziennej działalności decydowała „trójka” – Grigorij Zinowjew, Lew Kamieniew i Stalin. Nie łączyła ich ani przyjaźń, ani podobieństwo poglądów, lecz przewyższająca wszystko nieufność wobec Trockiego. Teoretycznie pozycja tego triumwiratu wydawała się silna: Kamieniew – przewodniczący Biura Politycznego pod nieobecność Lenina, jeden z jego dwóch zastępców jako przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, przewodniczący Moskiewskiej Rady Delegatów; Zinowjew – przewodniczący Piotrogrodzkiej Rady Delegatów oraz Kominternu; Stalin – komisarz ludowy do spraw narodowości, sekretarz generalny partii.

Trocki zbyt późno zrozumiał, że ma do czynienia ze zmową przeciwko sobie, do której wkrótce po śmierci Lenina dołączyła większość ścisłego kierownictwa. Przemawiając w czerwcu 1927 roku na posiedzeniu Centralnej Komisji Kontroli partyjnej, stwierdził: „Wszyscy oczywiście wiecie doskonale, że od 1924 roku istnieje frakcyjna „siódemka” złożona ze wszystkich członków biura politycznego. Z wszystkich z wyjątkiem mnie […] Ta „siódemka” była ciałem nielegalnym i antypartyjnym, które podejmowało decyzje o sprawach partii poza jej plecami. Jego spotkania służą do walki ze mną”20.

To, co mówił Trocki w odniesieniu do 1924 roku było prawdopodobnie stanem faktycznym już wcześniej, gdy Lenin nie był już w stanie przychodzić na posiedzenia Biura Politycznego, a na pewno wówczas, gdy Stalin rozpoczął budować ogromny aparat biurokratyczny. Cała partyjna góra zjednoczyła się przeciw jednemu ze swoich członków, który – jej zdaniem – miał największe szanse, by stanąć na czele partii, lecz nikomu z niej nie odpowiadał. Najbardziej jednak zależało na izolowaniu Trockiego właśnie Stalinowi. Wiedział on doskonale, że „twórca Armii Czerwonej” uderzy w zorganizowany przezeń sekretariat, który coraz bardziej wymykał się spod kolegialnej kontroli i stawał się instytucją do realizowania jego ambicji politycznych. Nie zdawali sobie z tego sprawy ani Zinowjew, ani Kamieniew, ani pozostali członkowie kierownictwa.

Ciekawe światło na słabnącą pozycję Trockiego w Komitecie Centralnym i w Biurze Politycznym rzuca również wydarzenie z 18 lipca 1922 roku, a wiec z okresu, kiedy wspomniana „trójka” prawdopodobnie dopiero się formowała. Lenin, odbywający rekonwalescencję w Gorkach, napisał wówczas do Stalina list prosząc jego i Kamieniewa o informacje na temat Trockiego. Nie wiadomo konkretnie, o jaką mu sprawę chodziło, ale wyglądało to na próbę porozumienia się trzech wpływowych członków Biura Politycznego – Lenina, Stalina i Kamieniewa (a być może także Zinowjewa) – w kwestii trzeciego, poza jego plecami. Jest prawdopodobnym, że myślano nawet o usunięciu Trockiego ze stanowiska partyjnego bądź szefa Komisariatu Ludowego Spraw Wojskowych. Na poparcie tej hipotezy warto przytoczyć fragment listu Lenina adresowanego do Kamieniewa; „Myślę, że uda się uniknąć przesady. Piszecie mi, że (KC) gotów jest wyrzucić za burtę dobrą armatę. Czy to nie zbyt wielka przesada? Wyrzucać za burtę Trockiego – do tego właśnie zmierzacie – to szczyt głupoty. Chyba nie uważacie, że już zidiociałem ze szczętem?”21.

Korespondencja ta ewidentnie pokazuje jak wątłą pozycję miał Trocki nawet za życia Lenina, a także jak wiele zależało od woli i interpretacji zdarzeń przez „wodza rewolucji”.

Stracona szansa
Trocki pokładał nadmierną ufność w swych przymiotach osobistych, nie doceniając zarazem znaczenia dla własnej pozycji formalnych atrybutów władzy, m.in. mnożenia stanowisk. Zdecydowanie przecenił autorytet i charyzmę oraz otaczającą go aurę rewolucyjnego przywódcy, którą dzielił z Leninem i która wywoływała burzliwe owacje szerokich gremiów, np. zjazdów i konferencji partyjnych. Dla wielu „szarych” członków partii – i dla niego samego – to właśnie on wciąż był najbardziej naturalnym następcą Lenina na wypadek, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Jednak już nie dla ścisłego kierownictwa.

Jeżeli Lew Trocki chciał podjąć starania o sukcesję, mógł sięgnąć do trzech problemów, które wysuwano w krytyce kierownictwa, by tą drogą próbować zdyskredytować przeciwników, w szczególności Stalina22. Pierwszym z nich była wspomniana już biurokracja, coraz powszechniej uznawana za zagrożenie dla swobodnej wymiany poglądów wewnątrz partii bolszewickiej23, drugim – polityka gospodarcza, trzecim – problem stosunku do narodowości i – głównie w tym kontekście – nowa „radziecka” konstytucja24. We wszystkich tych sprawach umierający Lenin skłonny był poprzeć Trockiego, zrywając ze Stalinem. Szczególnie musiał go niepokoić rozrastający się sekretariat Stalina, obrastający już siecią terenową – poprzez praktykę mianowania zaufanych ludzi, głównie na stanowiska sekretarzy terenowych, co było ewidentnym nadużyciem władzy.

Jednak Trocki, mając poważne argumenty w rękach, nadal milczał. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, zważywszy, że dość dobrze orientował się we wszystkich problemach, które mogły politycznie uderzyć w Stalina i jego zwolenników. W 1928 roku w książce Prawda o Rosji Sowieckiej drobiazgowo opisuje, jakie kroki należało poczynić, by przejąć kierownictwo partii, a przynajmniej zablokować marsz Stalina do pełni władzy (szczególnie w rozdziałach: Sowiety, Kwestia narodowa, Partia)25. Tym bardziej zdumiewała jego bierna postawa.

Można wskazać chociażby na najbardziej spektakularne z tych jego zaniechań. Trocki nie odczytał na posiedzeniu Biura Politycznego referatu programowego, pozostawiając to Zinowjewowi. Nie wziął udziału w dyskusji na temat polityki narodowościowej, za którą Lenin tak krytykował Stalina w 1923 roku. Milczał, gdy mógł na XII Zjeździe RKP(b) objąć tymczasowe przywództwo i trwale osłabić swych przeciwników. Takie postępowanie tłumaczył po latach w sposób następujący: „Wspólne nasze wystąpienie przeciwko centralnemu komitetowi […] przyniosłoby nam na pewno zwycięstwo, więcej nawet. Nie wątpię, że gdybym w przeddzień XII-go zjazdu wystąpił, zgodnie z zamierzeniami „bloku” Lenin-Trocki, przeciwko biurokratyzmowi stalinowskiemu odniósłbym zwycięstwo, nawet bez bezpośredniego udziału Lenina w walce. Rzecz inna, czy uzyskane zwycięstwo byłoby trwałe […] Krupska powiedziała kiedyś w roku 1927-ym, że gdyby Lenin żył jeszcze, to prawdopodobnie siedziałby już w więzieniu stalinowskim. Sądzę, że miała słuszność. Bowiem nie chodzi tu o Stalina, lecz o te siły, których wyrazicielem był Stalin, nie zdając sobie z tego sprawy”26.

Te znamienne słowa Lwa Trockiego wyglądają po latach raczej jak usprawiedliwienie swoich zaniechań, choć bardzo trafnie charakteryzują „szybko kształtującą się frakcję epigonów bolszewizmu”27. Jednak, moim zdaniem, przebija z nich świadomość braku w tamtym kluczowym momencie dostatecznej woli politycznej: „Moje wystąpienie, pisał będąc już na wygnaniu Trocki, mogło być zrozumiane, a raczej byłoby przedstawione jako moja walka osobista o miejsce Lenina w partii i w państwie. Na samą myśl wstrząsał mnie dreszcz. Uważałem, że mogłoby to wywołać taką demoralizację w naszych szeregach, za którą, nawet w razie zwycięstwa trzeba by drogo zapłacić. […] Czy partia zrozumie, że chodzi tu o walkę, prowadzoną przez Lenina i Trockiego o przyszłość rewolucji, nie zaś walkę Trockiego o miejsce po chorym Leninie?”28. Stalin nie odczuwał tego rodzaju skrupułów. Niemniej zdając sobie sprawę z potencjalnej siły i pozycji Trockiego był na tyle ostrożny, że nie rzucił mu bezpośredniego wyzwania. Zadowolił się wyciąganiem korzyści ze strachu, jaki wciąż żywili inni przywódcy partyjni przed możliwością przejęcia schedy po Leninie przez Trockiego, a w konsekwencji „dokonania przezeń zamachu” na ich pozycje w partii.

Testament Lenina
Schorowany i umierający Lenin na przełomie 1922 i 1923 r. postanowił napisać „kilka słów” do członków partii na zbliżający się Zjazd29. List Lenina z racji momentu powstania urósł do rangi testamentu politycznego. Włodzimierz Ilicz dokonał w nim bardzo krytycznej charakterystyki członków Biura Politycznego KC RKP(b), nie wskazując na nikogo jako godnego przejęcia po nim kierownictwa partii. M.in. uznał, że Stalin z uwagi na brutalność i niestabilny charakter „staje się nie do zniesienia na stanowisku sekretarza generalnego”. Brak wskazania przez Lenina potencjalnego następcy znacznie komplikował kwestię sukcesji.

Trocki twierdził później30, że zamiarem Lenina było stworzenie właśnie jemu pozycji, która umożliwiłaby przejęcie stanowiska przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych. Prawdą jest, że w „testamencie” Lenin pisał o Trockim lepiej niż o pozostałych członkach ścisłego kierownictwa partii. Wprawdzie wypomniał mu niebolszewicką przeszłość, ale dodał, że „nie może być on o to obwiniany”. Dodał też o nim, że „jest to najprawdopodobniej najzdolniejszy człowiek w obecnym KC i reprezentuje najwyższe zdolności”31.

Jeśli nawet wcześniej Lenin chciał wskazać Trockiego jako swego następcę, to w Liście do Zjazdu uchylił się od tego. Być może zaczął myśleć o kierownictwie kolektywnym, w ramach, którego wszystkich sześciu wymienionych przez niego działaczy (Grigorij Zinowjew, Lew Kamieniew, Lew Trocki, Józef Stalin, Nikołaj Bucharin, Georgij Piatakow) pracowałoby pod wspólnym nadzorem Komitetu Centralnego.

Nie było zaskoczeniem, że Trocki dążył do ujawnienia treści tajnego listu Lenina, a pozostali przywódcy, w szczególności „trójka” – Stalin, Kamieniew, Zinowjew – nie. Trocki był zarazem żywotnie zainteresowany, by opublikować List do Zjazdu w miarę szybko; musiał przecież brać pod uwagę duże prawdopodobieństwo nagłej śmierci Lenina. Pierwsza i, jak się później okazało, jedyna za życia „wodza rewolucji” próba jego ujawnienia miała miejsce na początku lipca 1923 roku. Rezultat boju stoczonego w tej kwestii przez Trockiego na posiedzeniu Biura Politycznego KC i w Prezydium Centralnej Komisji Kontroli okazał się dlań gorzką i bolesną porażką.

Dyskusja w powyższej kwestii miała następujący przebieg: „Trocki: Uważam, że artykuł [List do Zjazdu – M.M.] powinien zostać opublikowany, jeśli nie ma jakichś formalnych przyczyn, które by stały temu na przeszkodzie. Kamieniew: Nie można wydrukować: to nie jest przemówienie na Biurze Politycznym. Zinowjew: N. K. (Nadieżda Krupska – M.M.) także uważa, że należy to jedynie podać do wiadomości Komitetowi Centralnemu. Nie pytałem czy publikować, gdyż sądziłem i nadal sądzę, że jest to wykluczone. Problem można rozważyć… Stalin: Uważam, że nie ma powodu, żeby wydrukowywać, tym bardziej, że Iljicz nie upoważnił nas. Tomski: Jestem za wnioskiem towarzysza Zinowjewa. Z tekstem zapoznać tylko członków KC. Nie publikować, gdyż szeroka publiczność niczego nie zrozumie. Solc: Ta notatka Włodzimierza Iljicza nie jest przeznaczona dla szerokiej publiczności, lecz dla KC i dlatego jest tam tyle na tematy personalne… nie powinien zostać opublikowany. Słowiatińska: Towarzysze Bucharin, Rudzutak, Mołotow i Kujbyszew są za wnioskiem towarzysza Zinowjewa”32.

21 stycznia 1924 roku Lenin doznał kolejnego ataku apopleksji i zmarł przed wieczorem tego samego dnia. Kwestia sukcesji, mimo że nigdy otwarcie nie przyznano się do jej istnienia, stała się wówczas przedmiotem zabiegów opozycji i utarczek frakcyjnych. Walka rozgorzała przede wszystkim w stale skonfliktowanym Biurze Politycznym. Jedynie Stalin nie był przygnębiony taką sytuacją. Wręcz, jak wspominał Borys Bażanow, jeden z jego osobistych sekretarzy: „jest w doskonałym nastroju, promieniuje szczęściem. Na zebraniach i posiedzeniach przybiera fałszywie tragiczny, żałobny wyraz twarzy, wygłasza zakłamane przemówienia, z patosem przysięga wierność Leninowi. Obserwując go muszę, myśleć: Ależ z ciebie szubrawiec”33.

Takie zachowanie Stalina nie dziwi. Dopóki Lenin żył i mógł wyzdrowieć, Stalin czuł się zagrożony. W ciągu poprzedniego roku ukrywał swą niepewność i wykazywał zimną krew oraz umiejętność manewrowania. Dzięki temu wyszedł z okresu próby z większym autorytetem niż którykolwiek z pozostałych przywódców. Nadto bardzo wzmocniła jego pozycję od początku deklarowana niewiara w szanse rewolucji niemieckiej, w czym był w kierownictwie partii odosobniony, a co okazało się prognozą trafną34. Teraz czekała go kolejna próba związana z charakterystyką jego osoby w „testamencie” Lenina. W tym momencie próby Stalin dowiódł nie tylko wielkich zdolności przetrwania, ale zarazem mistrzostwa taktycznego, manipulowania prawdą historyczną, podówczas przecież jeszcze szeroko znaną35. Z mało dotąd istotnej funkcji sekretarza generalnego uczynił centralny organ nie tylko monopolizujący wszystkie przygotowania do pogrzebu, ale też sprawujący pieczę nad całą spuścizną Lenina, interpretując ją na bieżący użytek; słowem – zaczął kreować się na głównego obrońcę leninizmu.

Trocki okazał się niezdolny do jakiegoś porównywalnego ruchu. Jego próba oparcia się „na Leninie” w walce o utrwalenie kursu ku demokratyzacji partii (zbiór artykułów zatytułowany Nowy kurs) i przypominanie własnych zasług (m.in. artykuł Lekcje października) nie przyniosły większego rezonansu36. Jego argumenty historyczne słabo się przebijały, bowiem także Zinowjew i Kamieniew nie byli zainteresowani ich przypominaniem, m.in. wykazanego przez nich niezdecydowania w okresie bezpośrednio przed przewrotem październikowym, zaś Nowy kurs nie został w ogóle zrozumiany przez aktyw partyjny. W naporze inicjatyw Stalina, w rozgwarze wszczętej przezeń kampanii o niemal sakralizację Lenina (zaciąg leninowski, mauzoleum, zmiany nazw miejscowości), głos Trockiego był coraz słabiej słyszalny37.

Nadto popełniał on kolejne poważne błędy. Takim była przede wszystkim nieobecność na pogrzebie Włodzimierza Lenina. Wbrew części historiografii, został o nim w porę poinformowany i mógł nań zdążyć, przerywając odpoczynek w Tbilisi, a przynajmniej napisać jakiś tekst okolicznościowy. Tymczasem popadł w swoisty paraliż woli, choć zdawał sobie zarazem sprawę, iż czyni poważny błąd. Jak sam po latach wspominał: „Towarzysze tyfiliscy domagali się abym niezwłocznie zareagował na śmierć Lenina. Jednak jedynym moim życzeniem było wtedy, żeby mnie pozostawiono samego. Nie mogłem wziąć pióra do ręki”38.

Stalin nie popełnił podobnego błędu. Był cały czas „dyskretnie widoczny”39, także wśród niosących trumnę Lenina40. Nadal jednak istniała szansa odsunięcia go od władzy. Gdyby większość spośród sześciu pozostałych członków Biura Politycznego zjednoczyła się na przykład wokół Lwa Trockiego, kariera polityczna Stalina mogłaby ulec trwałemu zahamowaniu, a nawet regresowi41. Szczególnie w pierwszym roku po śmierci Lenina.

Nadarzającą się okazją był XIII Zjazd partii. Otóż Krupska, wdowa po „wodzu rewolucji”, domagała się, aby zaznajomiono Zjazd z „testamentem” Lenina, łącznie z tzw. postscriptum wzywającym do usunięcia Stalina ze stanowiska sekretarza generalnego. Trudno powiedzieć, jaki byłby dalszy rozwój wydarzeń, gdyby do tego doszło. Lenin przecież zmarł zaledwie przed czterema miesiącami i jego autorytet nadal był wielki.

Stalin zdawał sobie sprawę, że ważą się jego losy. Ocaliła go interwencja Zinowjewa i Kamieniewa, którzy uważali, że jedynym człowiekiem, który odniósłby korzyść z ujawnienia poglądów Lenina na kierownictwo partii, byłby Trocki. Stalin zręcznie zgodził się, by główny referat na zjeździe wygłosił Zinowjew. Ten w zamian za to bardzo prestiżowe ustępstwo oświadczył, że obawy Lenina, co do osoby Stalina na szczęście okazały się nieuzasadnione. Wtórujący mu Kamieniew wezwał Komitet Centralny do pozostawienia Stalina na piastowanym stanowisku.

Trocki grymasem i gestem wyraził swą pogardę dla tego „rozpisania ról”, ale głosu nie zabrał42. Nie zrobił dosłownie nic, by przeciwdziałać tej akcji ratunkowej w stosunku do Stalina. Tekst „testamentu” został udostępniony tylko wąskiej grupie działaczy. Partia nie dowiedziała się, jak brzmiała ostatnia wola jej przywódcy.

Wewnętrzne rozgrywki
W rezultacie XIII Zjazd RKP(b) nie tylko uratował, ale zarazem wzmocnił pozycję sekretarza generalnego. Stalin jeszcze długi czas był jednak za słaby, by samodzielnie sięgnąć po władzę. Swą pozycję osobistą do czasu musiał opierać na tzw. triumwiracie, taktycznym niejawnym sojuszu z Kamieniewem i Zinowjewem. Nie mógł też zniszczyć Listu do Zjazdu Lenina i zawartych w nim informacji; mógł natomiast zniszczyć ludzi, których Lenin wymienił jako swoich ewentualnych sukcesorów. Wśród nich na pierwszym miejscu był Lew Trocki.

Wbrew pozorom Trocki nie był trudnym przeciwnikiem. Chorowity i przez to nieobecny na wielu zebraniach, często nie uczestniczył w podejmowaniu ważnych decyzji. Również wtedy, gdy w nich uczestniczył, nie potrafił zadbać o własne sprawy, a może po prostu był ponad to, zadufany w swe racje. Unikał wrażenia, że rozgrywa prywatne interesy, realizuje własne ambicje. Zapewne było w tym coś z troski o „godność rewolucyjną”, na której zachowaniu zależało mu bardziej niż na wpływach w partii, których był nadto pewien.

Trocki nie potrafi ł zawierać chwilowych sojuszy i taktycznie zjednywać nie lubianych przez siebie ludzi43. Zaatakowany przez Zinowjewa, Kamieniewa i Stalina, oskarżony o odstępstwa od linii leninowskiej i działalność frakcyjną, wzgardliwie nie podjął nawet obrony44. A jak już podejmował walkę, to w najgorszym momencie. Nie był taktykiem. Często w najbardziej krytycznym momencie walki „schodził z ringu”: z powodu choroby, pobytu na urlopie lub wyjazdu na Kaukaz, czy na badania medyczne do Berlina. Wszystko to musiało rzutować na jego pozycję w partii, skazywać na taktyczne i prestiżowe porażki. Tymczasem funkcjonariusze, członkowie partii, „masy” wolały zwycięzców niż ustawicznych pechowców45.

Trocki to człowiek – paradoks. Zdecydowany zwolennik rewolucyjnych, radykalnych metod rozwiązywania problemów gospodarczych i społecznych (np. tzw. idea militaryzacji pracy) jednocześnie walczył o demokrację wewnątrz partii. Idealistycznie usiłował skojarzyć „ogień z wodą” – monopol jednej partii z demokracją, pragmatyzm z ideologią, utylitaryzm z kulturą itp. Jednym z takich paradoksów charakteryzujących osobę tego „wiecznego rewolucjonisty” była różnica między liczbą jego zwolenników a popularnością. W czasie rewolucji i wojny domowej jego nazwisko było znane w całym kraju i poza granicami. Ludzie go uwielbiali, był idolem i symbolem rewolucji, tworzyła się legenda „twórcy Armii Czerwonej”. Wydawać by się mogło, że jest to niewyczerpalny kapitał na przyszłość; i tak zapewne sam Trocki to oceniał. Fala rewolucyjna jednak opadła i nagle okazało się, że „drugi człowiek w partii” ma jedynie wąskie grono zwolenników. Po XII zjeździe RKP(b), w nowym czterdziestoosobowym Komitecie Centralnym mógł Trocki liczyć jedynie na trzech rzeczywiście zdeklarowanych zwolenników – Christiana Rakowskiego, Karola Radka i Georgija Piatakowa46.

Stalin dostrzegał wszystkie te słabości Trockiego i wykorzystywał je w stopniu maksymalnym. Za to Trocki nie szukał wad „sprytnego Gruzina”, najzwyczajniej lekceważąc swego, jak wkrótce miało się okazać, najgroźniejszego przeciwnika. Stalin pozostał dla niego zawsze „najwybitniejszą miernotą w naszej partii”47. Urodzony rewolucjonista i świetny mówca przegrał walkę ze Stalinem zapewne głównie dlatego, że nie był tak jak on pozbawiony skrupułów, że przeceniał siebie zarazem nie doceniając innych. Kierując do stycznia 1925 r. Komisariatem Ludowym Spraw Wojskowych i Morskich a także przewodnicząc Rewolucyjnej Radzie Wojskowej ZSRR miał w rękach jeszcze potężniejszą broń niż Stalin kierujący administracją partyjną. Gdyby tylko zechciał jej użyć. Ale w odróżnieniu od Stalina bał się i prawdopodobnie nie chciał zostać Bonapartem rewolucji rosyjskiej48. Mentalnie okazał się niezdolny do przejęcia i utrzymania władzy. W 1924 roku, gdy jeszcze nie był „generałem bez armii”, bez cienia wątpliwości mówił: „Nikt z nas nie chce i nie może mieć racji wbrew partii. W ostatecznym wyniku partia ma zawsze rację”49.

Trocki był człowiekiem, którego należy się obawiać, ale i z którym jednak dają sobie zwykle radę tacy ludzie jak Stalin. Był urodzonym przywódcą, ale miał niewątpliwe słabości, w ich liczbie próżność oraz nadmierną ufność we własną nieomylność. Był intelektualistą oraz świetnym mówcą, z którym Stalin nie mógł się nigdy równać.

Na emigracji – epilog
Po opuszczeniu ZSRR Trocki resztę swego życia poświęcił na demaskowanie stalinizmu. Dowodził, że sławetny „realny socjalizm” to jedynie karykatura socjalizmu, że stalinizm jest absolutnym zaprzeczeniem socjalistycznej idei rewolucji październikowej, że nomenklatura jest śmiertelnym wrogiem ludu pracy.

Stalin wręcz panicznie obawiał się Trockiego, lecz strach przysłaniała mu zawiść. Podczas jednego z posiedzeń Biura Politycznego Trocki wypowiedział prorocze słowa: „Pierwszy sekretarz stawia swą kandydaturę na stanowisko grabarza rewolucji”50. Piatakow, opowiadając tę scenę żonie Trockiego, powiedział: „Wiecie, wąchałem już proch, ale nigdy nie widziałem czegoś takiego, dlaczego, dlaczego Lew Dawidowicz to powiedział? Stalin nie wybaczy mu tego do trzeciego i czwartego pokolenia”51.

I nie wybaczył. Nawet wówczas, gdy w 1929 r. Trocki został zmuszony do emigracji, a jego nazwisko w ZSRR wymazano z dokumentów, podręczników historii, a nawet encyklopedii. Czujnie obserwował jego działalność na obczyźnie. Z niepokojem czytał dostarczane z zagranicy publikacje, w których Trocki bezwzględnie negliżował jego małość, ujawniał wielorakie nikczemności52. Czekał na stosowny moment, aby uderzyć przez swych agentów, tym razem śmiertelnie. Moment taki nastąpił w sierpniu 1940 r., w meksykańskiej posiadłości Trockiego. Także później, po śmierci przeciwnika, nie ustała kontynuowana na wielką skalę kampania oszczerstw, mających zdyskredytować Trockiego i jego koncepcje teoretyczne (trockizm)53.

Nie wiemy jak wyglądałby Związek Radziecki pod rządami Trockiego. Czy państwo to mogło być znacznie groźniejsze i złowieszcze niż w wersji stalinowskiej? Nie dowiemy się nigdy. Niemniej warto analizując historię światowego marksizmu mieć w pamięci i tę nieco już dziś zakurzoną upływem czasu, postać.

Dr Mikołaj Mirowski – historyk, publicysta, jego specjalnością jest historia ZSRR lat 1917-1941, a także tematyka stosunków polsko-żydowskich w XX wieku.

1 Rok 1929 obfituje w kilka ważnych wydarzeń: luty – następuje deportacja Trockiego do Turcji; listopad – Stalin ogłasza koniec NEP-u, początek kolektywizacji; grudzień – Bucharin zostaje usunięty z Biura Politycznego. Dlatego osobiście uważam, że to właśnie wówczas Stalin uzyskał pełnię władzy.

2 Ciekawe hipotezy na ten temat znajdują się w pracy zbiorowej historyków rosyjskich zatytułowanej Fenomen Stalina (polskie wydanie: Warszawa 1989).

3 Nie można oczywiście zapomnieć, że decydujące znaczenie w politycznym przekonaniu bolszewików do idei zbrojnego powstania miał Lenin. Tylko dzięki jego impulsywnej argumentacji w nocy z 10 na 11 października (23–24 października) 1917 r. udało się przekonać Komitet Centralny partii do przyjęcia wniosku o przewrocie w stosunku 10 do 2. Zob. R. Service, Lenin. Biografia, Warszawa 2003, s. 306-313.

4 L. Trocki, Moje życie. Próba autobiografii, Warszawa 1930, s. 364.

5 Cyt. za: tegoż, Prawda o Rosji Sowieckiej, Warszawa 1929, s. 154; Stalinskaja szkola falsifikacij. Poprawki i dopełnienija k literature epignow, Moskwa 1990, s. 25.

6 Wielu historyków podkreśla kolosalne wręcz efekty oratorskich popisów Trockiego, a także jego rozwagę, polegającą na działaniu w imieniu rady piotrogrodzkiej, a nie partii bolszewickiej. Zob. A. Rabinowicz, Lenin and Trockij in the october revolution [w:] Pensiero e azione politica di Lev Trockij, Vol. 1: Atti del convegno Internazionale per il quarantesimo anniversario della morte promosso dalla Fondazione Giangiacomo Feltrinelli e organizzato della Regione Toscana noc la collaboriazione della Biblioteca comunale di Follonica (Follonica 7-11 ottobre 1980). A cura di Francesca Gori, 1982, s. 199-207.

7 „Organizator zwycięstwa” – stwierdzenie to w stosunku do Lwa Trockiego użył w artykule właśnie tak zatytułowanym Karol Radek. Zob. K. Radek, The Organizer of victory [w:] L. Trocki, The military writings, New York 1971, s. 11-18.

8 Przez pierwsze miesiące po zdobyciu władzy kierował Komisariatem Ludowym Spraw Zagranicznych (Narkomindiełem).

9 K. Radek, The Organizer…, s. 11-18. W podobnym tonie pisał także Anatol Łunaczarski: „Nikt bez wątpienia nie poradziłby sobie z tytanicznym zadaniem, które wziął na swoje barki Trocki. Nie byłby w stanie podołać błyskawicznym przejazdom z jednego miejsca w drugie, donośnym przemowom, wydawanym w stanie euforii poleceniom, spełnianiu roli elektryzatora, który podbudowuje upadające morale armii. Nie ma człowieka, który pod tym względem mógłby zastąpić Trockiego”. A. Łunaczarski, Lew Dawidowicz Trockij [w:] A. Łunaczarski, K. Radek, L. Trocki, Siluety. Politiczieskie portrety, Moskwa 1991, s. 351.

10 W nowo odtajnionych materiałach z zasobu postradzieckiego znajduje się dokumentacja medyczna, wskazująca, iż na szybkie pogarszanie się stanu zdrowia Lenina miał wpływ przewlekły syfi lis, nabyty swego czasu w Pradze czeskiej, który częściowo zniszczył mozg (A.Arutiunow, Dosje Lenina biez retuszy, Moskwa 1999, rozdz. Tajny bolezni i smiert’, s. 500-518). W kwestii tej zob. też: D. Wołkogonow, Lenin, Warszawa 1997, s. 406-429.

11 NEP – Nowa Polityka Ekonomiczna (Nowaja ekonomiczeskaja politika), polityka gospodarcza i społeczna rządu radzieckiego zapoczątkowana w 1921. NEP dopuszczała do udziału w gospodarce elementy kapitalistyczne (istnienie drobnego przemysłu, handlu i firm z kapitałem zagranicznym). Wprowadzenie NEP, a więc ograniczonej gospodarki rynkowej, wywołało dyskusję w partii bolszewickiej. NEP został zniesiony w 1929 r.

12 WCIK – Ogólnorosyjski Centralny Komitet Wykonawczy Rad, (Wsierossijskij Centralnyj Ispołnitielnyj Komitiet Sowietow) w latach 1917-1936 najwyższy organ władzy prawodawczej i wykonawczej rad delegatów. Między zjazdami rad delegatów ustalał ogólny kierunek działań rządu, zatwierdzał budżet i projekty dekretów rządowych, a także sam wydawał dekrety. W 1937 r. zastąpiony przez Radę Najwyższą ZSRR.

13 L. Trocki, W Politbiuro CK. 15 Janwarja 1923 god [w:] Archiw Trockogo, Kommunisticieskaja oppozicija w SSSR. 1923-1927, red. J. Felsztinskij, t. 1, Moskwa 1990, s. 9.

14 5 marca 1923 r. w przypadkowych okolicznościach o sprawie dowiedział się Lenin. Natychmiast wystosował do Stalina list, w którym m.in. pisał: „Mieliście czelność wezwać moją żonę do telefonu i zwymyślać ją. […] Nie mam zamiaru tak łatwo puszczać w niepamięć ataków wymierzonych przeciw mnie, a nie mam potrzeby dodawać, że to, co wymierzone jest przeciwko mojej żonie, uważam za wymierzone przeciwko mnie”. W. I. Lenin, Do towarzysza Stalina. [w:] Dzieła wszystkie, t. 54, Warszawa 1989, s. 333-334.

15 L. Trocki, Moje życie…, s. 564-583.

16 Por. A. Bullock, Hitler i Stalin. Żywoty równolegle, t. 1, Warszawa 1994, s. 128.

17 L. Trocki, Moje życie..., s. 534.

18 Tamże, s. 536.

19 Tegoż, Stalin. An appraisal of the man and his influence, New York 1967, s.365.

20 L. Trocki, Dwie rieczi na zasiedanii CKK. Jiun 1927 god [w:] Archiw Trockogo…, t. 3, s. 87.

21 Note to Kamenev. mid-July 1922 [w:] The Unknown Lenin. From the secret archive, red. R. Pipes, New York 1998, s. 166-167.

22 Por. A. Bullock, Hitler i Stalin, s. 132-134.

23 W październiku 1923 r. Trocki tak pisał w liście otwartym, do KC RKP(b): „Biurokratyzacja partii rozwinęła się do niesłychanych rozmiarów wskutek procedury wyboru sekretarzy… Powstała bardzo liczna warstwa pracowników partyjnych w aparacie państwa i partii, którzy całkowicie wyrzekają się własnej opinii, a przynajmniej jej otwartego wyrażania, jakby zakładając, że hierarchia sekretarzy reprezentuje aparat, który kształtuje opinię partii i podejmuje partyjne decyzje. Poniżej warstwy tych, którzy rezygnują ze swoich opinii, znajdują się szerokie masy partyjne, do których każda decyzja trafi a w formie bezpośrednich wezwań lub rozkazów”. Cyt za: R. Pipes, Rosja bolszewików, Warszawa 2005, s. 518.

24 W. I. Lenin, W związku z zagadnieniem narodowości, czyli o „autonomizacji” [w:] W. I. Lenin, Dzieła wszystkie, t. 45, Warszawa 1989, s. 349-355; tegoż, Do L. D. Trockiego, tamże, t. 54, s. 333.

25 L. Trocki, Prawda o Rosji Sowieckiej, Warszawa 1929, s. 74-99.

26 Tegoż, Moje życie..., s. 538-539.

27 Tamże, s. 539.

28 Tamże.

29 Zob. R. Miedwiediew, Pod osąd historii, t. 1, Warszawa 1990, s. 79-81.

30 Chociażby w autobiograficznej książce Moje życie (s. 535-537) bądź w biografii Stalin (s. 365-378).

31 W. I. Lenin, List do Zjazdu [w:] W. I. Lenin, Dzieła wszystkie, t. 45, s. 337-341.

32 W. I. Lenin, List do Zjazdu [w:] W. I. Lenin, Dzieła wszystkie, t. 45, s. 337-341.

33 B. Bażanow, Byłem sekretarzem Stalina, Warszawa 1985, s. 54-55.

34 We wrześniu 1923 r. sytuacja wewnętrzna w Niemczech była na skraju wojny domowej. W Saksonii i Turyngii doszło do utworzenia lokalnych rządów z udziałem komunistów. KPD rozpoczęła tworzenie grup bojowych a Komintern na jej potrzeby wyasygnował milion marek w złocie. Pod koniec października okazało się jednak, że szanse na przewrót były mocno przeszacowane a kierownictwo KPD nie stanęło na wysokości zadania. Por. Ł.G.Babiczenko, Politbiuro CK RKP(b), Komintiern i sobytija w Giermanii w 1923 g.: Nowyje archiwnyje matieriały, „Nowaja i nowiejszaja istorija” 1994, nr 2.

35 Najpełniejszy obraz procesu fałszowania historii, który, czynił Stalin zawarty jest w książce Trockiego: Stalinskaja szkoła falsifikacyi. Poprawki i dopołnienija k literature epignow, Moskwa 1990.

36 Zob. L. Trotsky, New Course, Transcribed, scanned & HTML markup for the Trotsky Internet Archive by David Walters in 1996 and 1999, http://www.marxists.org/archive/trotsky/1923/newcourse/index.htm; L. Trocki, Nauki października, Warszawa 1990.

37 D. Wołkogonow, Trocki, Warszawa 1999, s. 268 – 277.

38 L. Trocki, Moje życie…, s. 572.

39 Cyt za R. Hingley, Joseph Stalin. Man and legend, London 1974, s.155.

40 Trocki w swoich wspomnieniach wielokrotnie powracał do wydarzeń związanych z pogrzebem Lenina. Niezmiennie uważał, że został rozmyślnie oszukany przez Stalina, co do daty uroczystości i dlatego był „wielkim nieobecnym” na pogrzebie „wodza rewolucji”. 17 listopada 1939 r. tak pisał do jednego ze swych zwolenników: „Po powrocie z Suchumi do Moskwy, we trzy miesiące po pogrzebie, w trakcie rozmowy z zaufanymi przyjaciółmi dowiedziałem się, że Stalin i inni (trojka) wcale nie mieli zamiaru organizować pogrzebu w Sobotę. Chodziło im jedynie o moją nieobecność. Kto mi to powiedział? Być może Smirnow albo Murałow […] Teraz dostrzegam, że była to skomplikowana intryga” (D. Wołkogonow, Trocki, s. 286). Polemizuje z tymi wynurzeniami amerykański historyk, Richard Pipes, który w książce Rosja bolszewików pisze: „Trocki oskarżył później Stalina, że celowo wprowadził go w błąd, aby nie mógł wziąć udziału w uroczystości. Zarzut ten jest jednak bezpodstawny. Lenin zmarł w poniedziałek, a Trocki otrzymał wiadomość we wtorek rano. Podroż z Moskwy do Tyfilisu zajęła mu trzy dni. Gdyby natychmiast zawrócił, najpóźniej w piątek dotarłby do Moskwy, a wiec zdążyłby na pogrzeb, nawet gdyby odbył się w sobotę. Trocki jednak z niewyjaśnionych nigdy powodów, poszedł za radą Stalina i pojechał do Suchumi. Tam wygrzewał się na słońcu, podczas gdy w skutej mrozem Moskwie stara gwardia niosła trumnę z ciałem Lenina. Jego nieobecność wywołała powszechne zdziwienie i zgorszenie” (R. Pipes, Rosja bolszewików, s. 522). Nawet gdyby przyjąć twierdzenia Trockiego „za dobrą monetę” to otrzymujemy obraz polityka wyjątkowo naiwnego.

41 D. Wołkogonow, Fenomen Stalina.[w:] Fenomen Stalina, Warszawa 1988, s. 112, 117.

42 Opis przebiegu nadzwyczajnego plenum KC RKP(b) z 21 maja 1924 r. szczegółowo przedstawia Borys Bażanow, jeden z uczestników zebrania. Zob. B. Bażanow, Byłem sekretarzem…, s. 65-66.

43 M. Eastman, Since Lenin Died, London 1925, s. 17.

44 Do walki z Trockim posłużono się uchwałą X zjazdu RKP(b) z marca 1921 r. zatytułowaną „O jedności partii”, powołując się w szczególności na jej tajny 7 punkt, mówiący: „W celu wprowadzenia surowej dyscypliny w partii i w całej działalności państwowej oraz w celu osiągnięcia jak największej jedności, z wyeliminowaniem wszelkiej frakcyjności, zjazd upoważnia KC, by w wypadku (-ach) naruszenia dyscypliny lub odrodzenia się frakcyjności, bądź dopuszczenia się frakcyjności stosował wszelkie sankcje partyjne, do wydalenia z partii włącznie, w stosunku zaś do członków KC – przesunięcie ich w poczet zastępców, a nawet, jako środek ostateczny, wydalenie z partii”. O jedności partii; Lista delegatów którzy głosowali za rezolucją „o jedności partii” [w:] X Zjazd RKP(b). Stenogramy, Warszawa 1970, s. 770-773. Jedną z osób gorąco popierających i głosujących za tą uchwałą był niegdyś Lew Trocki – tamże, s. 1038.

45 D. Wołkogonow, Trocki, s. 290 – 293.

46 I. Deutscher, The Prophet Unarmed: Trotsky 192-1929, London 1965, s. 106.

47 Cyt za D. Wołkogonow, Fenomen…, s.113.

48 O „bonapartyzmie rewolucji rosyjskiej” i o poprzedzającym go „termidorze” Trocki pisał wielokrotnie po przymusowym opuszczeniu ZSRR w 1929 r. Do najciekawszych pozycji należą prace: Klasowy charakter państwa radzieckiego (1933 r.), Państwo radzieckie a kwestia termidora i bonapartyzmu (1935 r.), Zdradzona Rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza? (1936 r.), czy wydany już po śmierci Trockiego Stalin (1941 r.).

49 Cyt za: R. Pipes, Rosja bolszewików, s. 520.

50 Cyt. za: I. Deutscher, The Prophet…, s. 296.

51 Tamże, s. 297.

52 Poza pozycjami wyżej wymienionymi zob. też: L. Trockij, Iosif Stalin. Opyt charaktieristiki, [w:] Osmyslit’ kult Stalina, Moskwa 1989, s. 624-647.

53 Zamiast wstępu [w:] L. Trocki, Zdradzona rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza?, Warszawa 1991, s. 5.

Czy kobiety zdemokratyzują Azję Środkową? Przypadek Rozy Otunbajewej

Ludwika Włodek

[niniejszy tekst opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz", nr 3, grudzień 2012, ss. 63-70]

– Jestem jedynym byłym prezydentem w całej Azji Środkowej. I jestem z tego dumna. U nas w regionie nikt do tej pory nie oddał dobrowolnie władzy – mówiła Roza Otunbajewa, w grudniu 2011 roku na spotkaniu ze studentami Uniwersytetu Warszawskiego. Gdy 7 kwietnia 2010 roku, masowe demonstracje obaliły prezydenta Kirgistanu Kurmanbeka Bakijewa, Roza Otunbajewa, jako przewodnicząca opozycji, została szefową tymczasowego rządu. Dwa miesiące później, na mocy referendum zmieniającego konstytucję, objęła funkcję tymczasowego prezydenta.

Zajmowała to stanowisko zaledwie półtora roku, ale dokonała rzeczy niebywałej. Nie chodzi o to, że została pierwszą kobietą – głową państwa w regionie. Jednak, być może to, że była kobietą pozwoliło jej oprzeć się temu, czemu do tej pory nieoparł się żaden mężczyzna sprawujący władzę w poradzieckiej Azji Środkowej. Nie przedłużyła swojej kadencji, nie wystartowała na kolejną, odeszła dokładnie wtedy, kiedy mówiła, że odejdzie obejmując władzę.

Kiedy tylko została głową państwa, wszystkie urzędy państwowe zwróciły się do jej kancelarii z prośbą o przesłanie oficjalnego portretu. Starym zwyczajem chciano powielić zdjęcie i rozwiesić je we wszystkich gabinetach, salach obrad i miejscach przyjęć interesantów. W Azji Środkowej przyjęło się, że prezydent spoziera na obywateli z każdego kąta, jego wizerunki zdobią nawet sale kinowe, pobocza szos i stragany na bazarze.

Ku zdziwieniu urzędników, Otunbajewa zakazała stworzenia swojego oficjalnego portretu. Na dodatek, jak opowiedział Sułtan Kanazarow, dziennikarz niezależnego portalu informacyjnego Ferghana, a potem sekretarz prasowy Otunbajewej, przez całą swoją krótką kadencję dbała by nie było jej zbyt wiele w telewizji, radiu i gazetach: – Ciągle pytała mnie: „Mam nadzieję, że nikogo nie zmuszasz do pisania o mnie”.

Otunbajewa na wszystkie zagraniczne wizyty latała samolotem rejsowym. Uczestnikom swojej delegacji polecała nocować w ambasadach albo w mieszkaniach pracowników dyplomatycznych. Nierzadko sama rezygnowała z hotelu i zatrzymywała się w gościnie u kirgiskiego ambasadora. Te gesty mogą wyglądać na tani populizm.Oszczędności z ich tytułu dla budżetu państwa nie mają większego znaczenia. Nawet tak skromnego jak budżet zaledwie pięciomilionowej, biednej Kirgizji.

Jednak rząd Otunbajewej musiał wprowadzić nowe standardy, pokazać, że zajmując się polityką można działać na rzecz wspólnego dobra, nie kraść, dotrzymywać złożonych obietnic. Kirgizja od prawie 20 lat była niepodległa, lecz Kirgizi nie mieli powodów by cieszyć się niezależnością. Gdy nowa prezydent obejmowała władzę, sytuacja w kraju była pod wieloma względami gorsza niż za czasów ZSRR, kiedy do Kirgiskiej SRR płynął nieprzerwany strumień dotacji z budżetu centralnego.

Największe miasta Kirgistanu wyglądały może lepiej niż w czasach komunizmu.  Były w nich pobudowane przez Turków nowoczesne centra handlowe i zagraniczne restauracje (w których stołowali się głównie pracownicy zagranicznych organizacji i turyści), a ulicami jeździły sprowadzane z Japonii samochody. Jednak na prowincji drogi były bardziej dziurawe, szkoły miały gorszych nauczycieli, szpitale gorszych albo wcale, lekarzy. Fabryki świeciły dziurami dawno powybijanych okien, a ziemia leżała odłogiem. Z 5 milionów obywateli, blisko milion musiało wyjechać do Rosji za chlebem, bo w ojczyźnie nie mieli z czego się utrzymać.

Owszem, Kirgizi, jeśli tylko mieli podłączenie albo mieszkali blisko dobrze działającej kafejki internetowej i akurat nie było przerwy w dostawie prądu, mogli bez przeszkód grać w internetowe gry z partnerami z całego świata. Jeśli tylko mieli satelitę, mogli oglądać, wedle gustu, albo indyjskie reality show albo telewizję muzyczną MTV. Dziewczyny zamiast sowieckich barchanów mogły, także wedle gustu, nosić albo modne i tanie chińskie podróbki najnowszych zachodnich ubrań albo, wzorowane na krajach Zatoki Perskiej bądź Turcji, muzułmańskie chusty szczelnie okrywające całą głowę.

Nie było jednak powodów do dumy z własnego, niepodległego państwa. Ono przestało zapewniać obywatelom to, co dawał im ZSRR, czyli względny spokój i poczucie bezpieczeństwa. A wszystkie wolności, nieznane za czasów sowieckich, bardziej wynikały ze słabości tego państwa niż z jego usilnych zabiegów.

Obaj poprzednicy Otunbajewej na stanowisku prezydenta Kirgistanu odeszli w niesławie, obaleni przez ludowe rewolucje. Pierwszy, Askar Akajew, gdy zostawał głową państwa jeszcze za Kirgiskiej SRR, wydawał się obiecującym demokratą. Z zawodu profesor fizyki, wcześniej przewodniczył kirgiskiej Akademii Nauk. Jako jedyny przywódca w Azji Środkowej nie miał za sobą przeszłości pierwszego sekretarza republikańskiego oddziału partii komunistycznej. Jednak przez 15 lat rządów stopniowo podkopywał nadzieje rodaków i wspólnoty międzynarodowej, że położona w wysokich górach Kirgizja, stanie się środkowoazjatycką Szwajcarią. Bardziej niż o interes państwa dbał o interesy własnej rodziny. Gdy w 2004 roku, pod koniec swojej trzeciej kadencji, na listy wyborcze do parlamentu wprowadził dwójkę własnych dzieci, ludzie nie wytrzymali. Niedługo po nieuczciwych wyborach, w których zastraszano kandydatów opozycji, pod koniec marca 2005 roku w Kirgistanie wybuchła tak zwana tulipanowa rewolucja. Akajew wraz z rodziną uciekł do Rosji. Mieszka tam do dziś i ani myśli wracać, bo w ojczyźnie ciążą na nim zarzuty korupcyjne.

Po Akajewie władzę objął Kurmanbek Bakijew, jeden z przywódców protestującej opozycji. Rządził tak jakby postanowił w trzy razy krótszym czasie dokonać tego samego co poprzednik. Po kilku miesiącach odwilży wrócił do autorytarnych metod zarządzania państwem, bez skrupułów obsadził najważniejsze urzędy swoimi „ziomkami” z południa kraju, prześladował media i opozycję.

Otunbajewa dobrze znała te mechanizmy. Ma za sobą lata działalności politycznej, zarówno w rządzie, jak i w opozycji. Pochodzi ze znanej kirgiskiej rodziny. Jej ojciec w sowieckiej Kirgizji był sędzią republikańskiego Sądu Najwyższego. Wszystkie jego dzieci odebrały staranne radzieckie wychowanie. Roza, podobnie jak kilkoro jej rodzeństwa, skończyła moskiewski Uniwersytet im. Łomonosowa. – Nasz radziecki Harvard – żartuje.

Obroniła doktorat z filozofii („Krytyka zafałszowania dialektyki marksistowskoleninowskiej przez filozofów szkoły frankfurckiej”) i wróciła do rodzinnej Kirgizji, uczyć studentów materializmu dialektycznego i logiki. Zaczęła działać w partii komunistycznej. W 1979 roku została sekretarzem komitetu dzielnicowego, a po dwóch latach sekretarzem partyjnego komitetu miasta Frunze (dzisiejszy Biszkek).

– Gdy nastała pierestrojka, potrzeba było nowych kadr. Zostałam ministrem do spraw społecznych Kirgiskiej SRR. W moich obowiązkach leżało też organizowanie wizyt zagranicznych delegacji odwiedzających naszą republikę – opowiada. Eduard Szewardnadze, ówczesny minister spraw zagranicznych ZSRR, posłał ją na sesję Narodów Zjednoczonych do Nowego Jorku. – Świetnie się nadawałam do pokazywania zagranicą – tłumaczy Otunbajewa. – Byłam żywym przykładem młodego, postępowego człowieka radzieckiego: wykształcona, znałam języki. Nie mówi tego wprost, ale towarzyszom radzieckim bardzo zależało na tym, by pokazać światu, że dzięki ich polityce nawet kobieta z położonej na krańcu świata Kirgizji, gdzie jeszcze niedawno większość ludności żyła w jurtach i trudniła się hodowlą owiec, a mężczyźni, gdy chcieli się ożenić, porywali swoje wybranki nawet nie pytając ich o zdanie, niczym nie różni się od kolegów z Estonii czy Rosji. Mówi po angielsku i zna opery Czajkowskiego. W 1989 roku Szewardnadze zatrudnił Otunbajewą w centralnym MSZ. Brała udział w negocjacjach rozbrojeniowych z Amerykanami. Przewodniczyła też komisji ZSRR przy UNESCO.

Gdy upadł ZSRR upomniała się o nią Kirgizja. Była jedną z nielicznych osób w kraju z międzynarodowym doświadczeniem. – Wyjechałam z Moskwy bez żalu – mówi – wtedy zaczęła tam panować strasznie nacjonalistyczna atmosfera. Wszystko musiało być nagle rosyjskie. Jak nie jesteś ruski, to do widzenia, dość się na nas napaśliście, teraz sami sobie państwo założymy. Ja wyrosłam w kulcie radzieckiego braterstwa narodów, nie podobało mi się to.

W niepodległej Kirgizji została ministrem spraw zagranicznych. Potem Akajew wysłał ją jako ambasadora do USA. Otwierała pierwszą kirgiską placówkę w Waszyngtonie. – Jeździłam po całych Stanach, opowiadałam o naszym kraju. Wtedy wszyscy się nami interesowali, byliśmy na fali – wspomina. Później znów była szefową MSZ, po czym wyjechała na kolejną placówkę, tym razem do Wielkiej Brytanii.

Polityka była jej pasją. Przy dzieciach, miała dwoje – chłopca i dziewczynkę, póki były małe, pomagała jej mama. Początkowo mogła również liczyć na wsparcie męża, z którym jednak w końcu się rozwiodła. Angażowała się do końca, ale nie chciała kompromisów. Jej drogi z prezydentem Akajewem zaczęły się rozchodzić. – Nie przeszedł testu władzy – tłumaczy mi. – Okazał się słaby. Ulegał pokusom.

Otunbajewa w czasie swojej dyplomatycznej kariery na własne oczy oglądała jak działają zachodnie demokracje i uznała, że Kirgizja nie jest skazana by tkwić w swoim „wschodnim zacofaniu”. Odezwał się w niej etos pierestrojki. Gorbaczow, po dojściu do władzy, próbował zaprowadzić w radzieckiej Azji Środkowej nowe porządki. Wcześniej Moskwa przymykała oko na powszechną wśród tamtejszych elit partyjnych korupcję i nepotyzm. Gorbaczow chciał z tym skończyć, robił to jednak tak nieudolnie, że do dziś większość ludzi w regionie postrzega go jako uzurpatora, który zamachnął się na święte miejscowe tradycje.

Otunbajewa jednak wiedziała, że akceptowanie autorytarnych praktyk kirgiskich elit nie ma nic wspólnego z poszanowaniem „lokalnej specyfiki”. Jedynym wyjściem, by wyrwać kraj z zapaści jest ścisłe przestrzeganie demokratycznych reguł gry. Pod koniec 2004 roku przestała być ambasadorem w Londynie i wróciła do kraju, wziąć udział w wyborach. Miała startować z tego samego okręgu co córka prezydenta. By do tego nie dopuścić komisja wyborcza uznała, że nie może ubiegać się o mandat poselski, bo mieszkała zbyt długo za granicą. Było to ewidentnie sprzeczne z przepisami, które nie obejmowały dyplomatów. Odwołała się i wygrała, ale wtedy uznano, że nie może startować, bo nie zapłaciła kary, którą uprzednio na nią nałożono. Też się kłóciła, ale było już za późno. Termin ostatecznej rejestracji minął.

W czasie rewolucji tulipanów, w marcu 2005 roku, blisko współpracowała z Bakijewem. Gdy ten został premierem tymczasowego rządu, objęła, po raz czwarty, tekę szefowej dyplomacji. Jednak szybko rozstała się z nowym prezydentem, który tolerował wokół siebie wyłącznie pochlebców i członków własnego klanu. W 2007 roku wystartowała do parlamentu z ramienia partii socjaldemokratycznej. Tym razem zdobyła mandat. Była jednym z najaktywniejszych posłów opozycji. W 2009 roku, po tajemniczym wyjeździe dotychczasowego przewodniczącego klubu parlamentarnego socjaldemokracji, któremu najprawdopodobniej zwolennicy Bakijewa tak „zaleźli za skórę”, że zdecydował się uciec z kraju, zajęła jego miejsce.

– O wszystko się awanturowaliśmy. Krytykowaliśmy każde złe posunięcie rządu. Wielokrotnie wyłączali mi mikrofon, to zaczęłam na salę obrad przychodzić z własnym megafonem. – opowiada. Nieprzychylna Bakijewowi opozycja postanowiła się zjednoczyć. Wczesną wiosną 2010 roku zwołano nadzwyczajny zjazd – Kurułtaj, jak dawne zebrania rodowe koczowników. Otunbajewa została wybrana jego szefową.

Objaśnia dlaczego na nią padło: – Nie miało znaczenia, że byłam kobietą. Ludzie mi ufali, bo nigdy ich nie zawiodłam. Byłam też najbardziej doświadczonym z opozycyjnych polityków. W parlamencie, stałam się twarzą opozycji. Nie dało się mnie tak zupełnie zmarginalizować. No i byłam najstarsza ze wszystkich uczestników Kurułtaju, a u nas wiek dodaje autorytetu. Ponieważ nie dało się jej zmarginalizować, próbowano ją zastraszyć. Pewnego dnia do mieszkania Otunbajewej, położonego na pierwszym piętrze bloku przy jednej z głównych ulic Biszkeku, wpadł granat. Posłuszna Bakijewowi policja tłumaczyła potem, że to przypadek. „Ludzie są tacy nieuważni. Zupełnie nie wiedzą, co trzymają na balkonach”.

Na początku kwietnia 2010 roku napięcie w Kirgistanie sięgnęło zenitu. Najpierw opozycja zorganizowała masowy wiec w Tałasie, na północnym zachodzie kraju. Tłum zaatakował prokuraturę i siedzibę miejscowych władz. W nocy z 6 na 7 kwietnia ciężko pobito ministra spraw wewnętrznych, który przyjechał uspokoić sytuację. Na 7 kwietnia zaplanowano wiec opozycji w stolicy. Z Tałasu i innych miast ruszyły w stronę Biszkeku autokary demonstrantów. Rząd Bakijewa prewencyjnie aresztował większość działaczy opozycji.

Następnego dnia na placu przed pałacem prezydenckim zebrał się tłum. Do nieuzbrojonych w większości manifestantów gwardia prezydencka otworzyła ogień. Padli zabici, co rozjuszyło protestujących. Szturmem wdarli się do pałacu. W tym czasie, prezydent Bakijew, dokładnie tak samo, jak jego poprzednik Akajew, wymknął się tylnym wyjściem i wsiadł do helikoptera. Później okazało się, że jest w gościnie u prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki.

7 kwietnia w ciągu dnia Otunbajewej nie było na placu. Poprzedniej nocy, ostrzeżona wiadomościami o aresztowaniach kolegów, nie wróciła do siebie na noc. Spała u kuzynki. Ponieważ w porę wyłączyła telefon komórkowy, służbom nie udało się jej namierzyć. Otoczyły tylko wszystkie klatki bloku, w którym się ukryła. Do centrum przyjechała dopiero po zdobyciu siedziby prezydenta. To ona przemówiła do narodu przekazując mu wiadomość o ucieczce Bakijewa i przejęciu władzy przez opozycję. W zamieszkach 7 kwietnia zginęło kilkadziesiąt osób. Bakijewa udało się obalić jeszcze szybciej niż Akajewa. Bo też nienawiść do niego była większa. Przyszedł do władzy w wyniku rewolucji, która w ludziach rozbudziła nadzieję na lepsze życie, na poszanowanie ich praw. Tymczasem zamienił Kirgistan w prywatny folwark. Jego rodzony brat był szefem gwardii prezydenckiej, jego syn najbogatszym biznesmenem w kraju. Nie dość, że należała do niego najpopularniejsza sieć telefonii komórkowej, to jeszcze ojciec powierzył mu szefostwo Centralnej Agencji Rozwoju, przez którą przechodziły wszystkie przyznawane krajowi kredyty zagraniczne.

– U nas prezydent zachowuje się jak jakiś chan. Zamiast o dobro państwa dba o interesy własnej rodziny. Dlatego mój rząd tymczasowy zaproponował rodakom przejście na ustrój parlamentarny – tłumaczy Roza Otunbajewa. – Kiedy Kirgizi przegłosowali nową konstytucję w referendum, prezydent Rosji, Miedwiediew, komentował, że to katastrofa, że taki system zupełnie się nie sprawdzi w Azji Środkowej. Ale ja byłam i jestem przekonana, że to jedyne wyjście. Jesteśmy młodym narodem, brakuje nam tradycji demokratycznych. Jedynie tworząc ustrój, w którym różne organy władzy patrzą sobie na ręce, możemy zbudować sprawiedliwe, praworządne państwo. Niektórzy narzekają, że teraz mamy bałagan, że posłowie w parlamencie się kłócą i pyskują. Bardzo dobrze, lepiej, że w parlamencie niżby mieli to robić na ulicach.

Otunbajewa od razu wiedziała, że jej rządy muszą być krótkie. Trzeba było zerwać z tradycją przedłużania kadencji prezydenta w nadzwyczajnych okolicznościach, poprzez referenda, czy specjalne uchwały parlamentu. Chodziło o to, by Kirgistanem wreszcie rządził normalnie powołany rząd, poparty przez parlament wyłoniony w demokratycznych, transparentnych wyborach. Godząc się na tymczasowe przejęcie władzy taki sobie postawiła cel. I go osiągnęła.

– Nie chciałam się nachapać, ustawić na całe życie wszystkich swoich krewnych i powinowatych. Mojej rodziny nikt nie znajdzie na listach Forbesa [figurują na niej dzieci wszystkich pozostałych prezydentów w Azji Środkowej] – zapewnia mnie. – Odchodząc zostawiłam demokratycznie wybrany parlament i prezydenta. To moje największe osiągnięcie.

Tymczasowa prezydent złożyła urząd na początku grudnia 2011 roku, kilka tygodni po wyborach prezydenckich, tak jak przewidywało prawo. Swoje pożegnalne przemówienie w parlamencie zakończyła słowami: „Zrobiłam wszystko co było w mojej mocy. Wiem jedno, sumienie mam czyste. Resztę osądzi historia”.

Sumienie Otunbajewej mogły skalać wydarzenia w Dolinie Fergańskiej, na południu Kirgistanu, które rozegrały się na początku jej rządów, w maju 2010 r., kiedy była jeszcze premierem. W największym mieście regionu – Oszu i w sąsiednim Dżalalabadzie doszło do krwawych zamieszek. Bandy młodych Kirgizów napadały  i podpalały domy Uzbeków, którzy stanowią przeszło połowę mieszkańców obydwu miejscowości. W pierwszych godzinach pogromów państwowe służby w ogóle nie interweniowały. Pijane wyrostki bezkarnie terroryzowały ulice, jeżdżąc po mieście ukradzionymi wojsku wozami bojowymi. W sumie w pogromach zginęło kilkaset osób, głównie Uzbeków, zostały zniszczone całe dzielnice Oszu i Dżalalabadu.

To po raz kolejny odezwał się konflikt, którego korzenie tkwiły u zarania władzy radzieckiej w regionie. Mimo, że powstałe w latach dwudziestych środkowoazjatyckie republiki ZSRR imitowały państwa narodowe – z własną stolicą, rządem i odpowiednią wersją kultury narodowej – w każdej żyła pokaźna mniejszość z sąsiednich republik. Wcześniej, póki Azją Środkową rządziły dynastyczne chanaty, a pochodzenie etniczne nie wpływało na przywileje polityczne, nie miało znaczenia, że ludzie mówiący różnymi językami i prowadzący odmienny tryb życia żyją obok siebie. Każdy miał swoją niszę. Jednak radziecka inżynieria społeczna sprawiła, że zaczęli oni sobie wchodzić w drogę. Napięcia między potomkami koczowniczych Kirgizów a osiadłymi od stuleci Uzbekami dawały o sobie znać w momentach kryzysowych. Zamieszki z 2010 roku powtórzyły prawie dokładnie scenariusz sprzed 20 lat. Wtedy, w ostatnim roku istnienia ZSRR, gdy władze w Moskwie i w stolicy republiki zajęte były głównie własnym przetrwaniem, na południu Kirgistanu także doszło do krwawych starć między Kirgizami a Uzbekami.

Krytycy Otunbajewej – najbardziej zacięci nazywają ją Krwawą Rozą – mówią, że wiosną 2010 roku zbyt późno przyjechała na południe, że zignorowała doniesienia o narastającej wrogości. Głównym oskarżonym o wywołanie zamieszek był pochodzący z południa kraju klan Bakijewa. Oszcy i Dżalalabadcy Uzbecy masowo poparli rewolucję, która obaliła prezydenta i pogromy miały być karą za ich entuzjazm wobec nowych rządów. Jednak rozpoczęte na polecenie rządu śledztwo nie zdołało do końca wyjaśnić przyczyn ani wskazać wszystkich sprawców. Niewątpliwie zasługą Otunbajewej jest jednak, że zaprosiła międzynarodową komisję do wyjaśnienia zajść w Oszu. – W naszym regionie dopuszczenie takiego niezależnego śledztwa to precedens – chwaliła się prezydent później w wielu wywiadach. Raport komisji został przyjęty przez rząd, mimo, że mocno skrytykował kirgiskie śledztwo.

Świadoma tego, jak niebezpieczne dla młodego państwa może być podsycanie antagonizmów etnicznych, Otunbajewa przestrzega by odradzanie kirgiskiej kultury nie było pretekstem do narodowego szowinizmu. – Musimy odwoływać się do naszych najlepszych tradycji, takich jak pradawny epos o władcy Manasie. W latach 30. XX wieku za recytowanie „Manasu” można było iść do więzienia. Jak wszystkich w ZSRR, uczono nas, że nasze korzenie to staroruskie „Słowo o wyprawie Igora”– przyznaje Otunbajewa. – A „Manas” to opowieść o jednoczeniu ziem kirgiskich, o scalaniu północy z południem, o wieloetnicznym braterstwie. Manas miał żonę Tadżyczkę, jego najbliższy doradca był Chińczykiem. Wierzę że w nas siedzi duch Manasa, musimy go pielęgnować, bo takie mitologiczne opowieści działają na serce, nie na rozum, a często to o wiele bardziej skuteczne.

Prezydent mówi też o znaczeniu języka kirgiskiego. Choć swoje inauguracyjne przemówienie po kirgisku musiała konsultować z lingwistami, w codziennym życiu sprawnie posługuje się mową ojczystą. – Moi rodzice byli pierwszym pokoleniem w mieście. Dlatego w domu zawsze mówiliśmy po kirgisku. – opowiada. – Teraz to zaprocentowało. U nas, inaczej niż w Kazachstanie, obrady parlamentu są tylko po kirgisku. Znając go mogłam w nich brać aktywny udział. A wielu, świetnych młodych jajogłowych wykształconych w rosyjskich szkołach było z tego automatycznie wykluczonych. W parlamencie pracują tłumacze, ale w żywej dyskusji bez kirgiskiego zginiesz.

Otunbajewa zawsze podkreśla, że kirgiską kulturę trzeba było odrodzić, ale narastające zainteresowanie islamem, widoczne w Kirgizji na każdym kroku, budzi jej sceptycyzm. – Ja rozumiem, język, tradycja, religia… Teraz wielu deputowanych by podlizać się narodowi funduje meczety i bierze udział w obrzędach religijnych. Dziewczęta zakładają chusty a wyjazdy na pielgrzymki do Mekki stały się wszechobowiązującą modą – mówi i zastrzega: – Nie możemy ograniczać się tylko do tego co nasze, kirgiskie. Nasze dzieci jeżdżą na studia do Stanów, do Europy [jej córka mieszka w Anglii], do Warszawy. Musimy być częścią świata. Balet, opera, teatr, my to dostaliśmy w spadku po ZSRR. Nie wolno nam tego zmarnować. Chór to przecież nie jest nasza narodowa tradycja, ale my mamy w Biszkeku świetny chór, wystawiamy Szekspira, Lermontowa. Ktoś powie, że baletnice muszą zakrywać nogi, bo muzułmance nie wypada inaczej. Tylko jak tu zrobić piruet wtedy? – śmieje się.

Od roku Roza Otunbajewa nie jest prezydentem. I chyba za to jest najbardziej podziwiana. Sama twierdzi, że płeć nie ma znaczenia w polityce. Jednak, paradoksalnie, jako kobiecie mogło jej być łatwiej dotrzymać demokratycznych standardów. W kirgiskim społeczeństwie mężczyznę postrzega się jako dziedzica rodowych tradycji i strażnika narodowej kultury. Często także tej opatrznie pojmowanej. W krajach Azji Środkowej to kobiety, na których nie ciąży tak silna presja rodziny, bywają bardziej nowoczesne i otwarte na świat niż mężczyźni. W czasach radzieckich częściej podlegały rusyfikacji, bo była to dla nich jedyna możliwość wyzwolenia się z patriarchalnych więzów.

Dziś jednak kirgiskie kobiety, łatwiej niż mężczyźni, mogą stać się zarzewiem zmian. Kirgistan, jako pierwsze państwo w regionie, ma szansę wyrwać się ze środkowoazjatyckiego skansenu i przekształcić w normalną demokrację. Przy słabej gospodarce, braku surowców i trudnych warunkach naturalnych (średnia wysokość wynosi prawie 3 tys. metrów nad poziomem morza) będzie to trudne, ale zainicjowane przez Otunbajewą procedury są dobrym punktem wyjścia.

16 grudnia 2011 roku, w międzynarodowy Dzień Praw Człowieka, kobiety z całej Kirgizji, aktywistki, działaczki praw człowieka, dziennikarki i polityczki zebrały się by zaapelować do nowego, świeżo zaprzysiężonego prezydenta Kirgistanu, by szanował wartości wprowadzone przez Otunbajewą do kirgiskiej polityki. Konferencję zatytułowały „Roza forever”. Żaden z dożywotnich prezydentów od lat rządzących innymi krajami Azji Środkowej nie doczekał się takiego spontanicznego wyrazu sympatii.

Dr Ludwika Włodek – adiunkt w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje specjalizacją „Azja Środkowa”, dziennikarka „GazetyWyborczej”. Specjalizuje się w historii najnowszej państw Azji Środkowej.

Przyszłość Rosji. Rozbieżne scenariusze 2020-50.

Kazimierz Wóycicki

[niniejszy tekst opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz" nr 2, lipiec 2012, ss. 131-136]

Przewidywania dotyczące przyszłości Rosji są skrajnie rozbieżne. Z jednej strony są prognozy mówiące o możliwości terytorialnego rozpadu Federacji – jak przewidywał raport CIA1 – z drugiej strony zaliczana ona zostaje do grupy wyłaniających się nowych potęg (BRIC), jak prognozuje wybitny ekonomista, jakim jest Sachs.

Owe rozbieżności winny budzić pilną uwagę polskich analityków, bowiem z oczywistych względów wszelki strategiczny namysł nad polską sytuacją geopolityczną musi uwzględniać rozwój sytuacji w Rosji i przewidywaną politykę Moskwy.

Przesłanki pesymistycznych dla Rosji prognoz są dość oczywiste. Na pierwszym miejscu wymienia się najczęściej dane demograficzne. Zwraca się uwagę nie tylko na zmniejszanie się ilości ludności (z 148,6 mln w roku 1993 do 141,9 w roku 2010). Istotne jest też szybkie jej starzenie, niska oczekiwana długość życia i pogarszający się stan zdrowotny. Nieobojętne są też kwestie terytorialno-demograficzne – faktyczne wyludnienie terenów na Wschód od Uralu, procentowy wzrost ludności nierosyjskiej w całości populacji, w tym przede wszystkim wyznawców islamu.

Druga przesłanka pesymistycznych prognoz związana jest surowcowym charakterem rosyjskiej gospodarki. Zasoby surowcowe Rosji zdają się być ogromne, ale jej eksport opiera się w dużym stopniu na sprzedaży gazu i ropy. Ropy ma jednak Rosja, przy obecnym wydobyciu jedynie na 17 lat. Jest wprawdzie potentatem gazowym, jednak koszty wydobycia wciąż rosną i cała infrastruktura z tym związana wymaga coraz większych nakładów.

Istotnym czynnikiem okazać się może także światowy rozwój nowych technologii w przemyśle energetycznym (energia solarna itd.), ale także możliwość pozyskiwania gazu z łupków bitumicznych. Taki rozwój pozbawiłby Moskwę ogromnego atutu politycznego, z którego obecnie stara się korzystać Putin.

Wreszcie wśród pesymistycznych przesłanek przyszłości Rosji wymienia się niski potencjał modernizacyjny. Demografia wpływa na poważne zmniejszenie ilości siły roboczej. Pogarsza się też wykształcenie, co m.in. związane jest z demografią. Wreszcie brak jest przesłanek, że w Rosji w przewidywalnym czasie wyłonić się może przywództwo gotowe do poprowadzenia głębszych reform.2

Należy zwrócić też uwagę na porównania wielkości gospodarki rosyjskiej z gospodarką UE, USA i Chin. UE i USA to, w obu przypadkach, ok. 14 bln $, Chiny to już ok.10 bln natomiast gospodarka rosyjska to zaledwie ok. 2 bln $ dochodu narodowego. Zaliczana do BRIC jest w tej grupie państw gospodarką najmniej dynamiczną i o bez porównania mniejszych szansach rozwojowych niż gospodarka Chin,Indii czy Brazylii.

Pesymistyczne prognozy dla Rosji mogą być postrzegane nad Wisłą, jako prognozy wybawiające Polskę z zagrożenia od Wschodu, jeśli trzymać się tradycyjnej polskiej myśli politycznej. Słabnięcie Rosji, jeśli przyjąć to założenie, musi być postrzegane jako czynnik pozytywny.

Należy jednak po pierwsze rozważyć, czy słabnięcie Rosji jako geopolitycznego kolosa oznacza również słabnięcie Rosji względem Polski i Europy Środkowej. Ogólnikowa teza o słabnięciu Rosji może być wyrazem „myślenia życzeniowego”, podobnie jak przesadne straszenie Rosją jest wyrazem tradycyjnych lęków.

Można jednak i trzeba rozważać czy takie pesymistyczne dla Rosji prognozy są najbardziej prawdopodobne, czy gdyby się spełniały, jakie wywierałyby wpływ na sytuację Polski. Trzeba też rozważać, czy nie ma innych bardziej pozytywnych dla Rosji prognoz i czy z konieczności oznaczałyby one pogorszenie polskiej sytuacji geopolitycznej, czy też zawierały w sobie inne możliwości.

Trudno analizować te kwestie inaczej, jak rozważając różne i nader odmienne scenariusze przyszłości Rosji i ich możliwych konsekwencji dla Polski. Taki sposób analizy stroni od jakichkolwiek proroctw, pomagając zrozumieć już dziś ujawniające się tendencje. Przedstawione tutaj uwagi oraz skrótowe scenariusze mogą być jedynie wstępem do bardziej pogłębionych syntez.

(I) Rozpad terytorialny Federacji Rosyjskiej i wyłonienie się narodowego państwa rosyjskiego

Rosja w skutek narastających trudności z administrowaniem tak wielkim terytorium i brakiem odpowiednich środków na inwestycje, powoli zaczyna rezygnować ze swojego dziedzictwa kolonialnego na wschód od Uralu oraz na Kaukazie. Z obszaru na wschód od Uralu narastałaby migracja ludności rosyjskiej na tereny rdzennie rosyjskie. W Rosji zaczęłaby się intensywna dyskusja na temat rosyjskiej tożsamości, w której przeważałaby głosy o potrzebie rosyjskiego państwa narodowego na wzór zachodni. Zwolennicy takich poglądów polemizowaliby zarówno ze zwolennikami idei imperialnych, jak skrajnie nacjonalistycznie nastawionych ugrupowań. Paradoksalnie zwolennicy rosyjskiego państwa narodowego wykorzystywać mogliby argument, że jeśli Rosja nie pozbędzie się swych „kolonii”, to Moskwa w skutek migracji zamieni się wielokulturową mega metropolię pozbawioną rosyjskiego charakteru.

Proces przyspiesza narastające trudności gospodarcze, a zarazem dążenie do samodzielności zauralskich prowincji. Sprzeczne wewnętrznie, niekonsekwentne i nieśmiałe reformy, związane z próbami decentralizacji, mogą przyczyniać się do takiego rozwoju wypadków. W pewnym momencie, w drugiej połowie lat 20-tych, w Moskwie zaczęłyby dominować poglądy, że starania o utrzymanie tak wielkiego terytorium, przynosi większe straty niż korzyści.

Rosja, jako państwo narodowe liczące około 70 mln ludności składa wniosek o członkostwo w UE koło roku 2050.3

(II) FR dostaje się pod wpływy Chin, które stają się adwokatem integralności
terytorialnej Federacji

Działoby się tak mimo pretensji chińskich do Mandżurii. Inwestycje chińskie stają się dominujące i eksport rosyjskiej ropy i gazu skierowany jest w przeważającej mierze do Chin. Nacjonalistyczna retoryka wewnątrz Rosji jest podtrzymywana i skierowuje się przede wszystkim przeciw islamowi a po części przeciw Zachodowi, z coraz silniejszą wizją Rosji jako cywilizacji euroazjatyckiej (np.: na podobieństwo rozważań rosyjskiego historyka Gumilowa). Rosyjscy nacjonaliści nie zauważaliby rosnącego uzależnienia od Pekinu, podkreślając chińsko-rosyjski sojusz skierowany w ich oczach przeciw Ameryce i Europie, podkreślając odzyskaną pozycję wobec Zachodu. Sojusz z Chinami zdawałby się też chronić Rosję przed niebezpieczeństwem z południa, jakim jest islam.

Mitologia euroazjatyckiej potęgi może pozwalać rosyjskim nacjonalistom nie dostrzegać słabości własnego kraju. Taka sytuacja w Rosji może być wygodna dla Chin, bowiem nie zagraża chińskim elitom mówieniem o demokratyzacji. Zachód jest w istocie pozbawiony politycznego oddziaływania na ogromnym terytorium, jakim Rosja dysponuje, co stwarza duże korzyści geopolityczne dla Pekinu.

(III) Rosja silnie słabnie, ale wspierana jest z wielu stron, bowiem każdy z wielkich światowych graczy (Chiny, UE, USA, jak i rosnąca w siłę Turcja) obawia się by Moskwa nie dostała się pod wpływy ich antagonistów

W tym scenariuszu Rosja w subtelny sposób stara się o zachowanie trudnej równowagi. Wszyscy obawiają się, że Moskwa dostanie się pod obce wpływy: Amerykanie, że dostanie się pod wpływy Pekinu. Chińczycy odwrotnie, boją się tego, że możliwe rosyjskie vacuum polityczne wypełni Unia Europejska i USA. Wszyscy też będą bać się niewiadomej, jak przebiegałby proces terytorialnego rozpadu FR. Paradoksalnie integralność Federacji Rosyjskiej będzie postrzegana jako czynnik stabilizacji polityki światowej. Moskwa będzie zręcznie korzystać z tej sytuacji, starając się odzyskiwać swoje wpływ na Ukrainie, Białorusi, i coraz silniej szantażując bronią energetyczną UE, a przede wszystkim zapóźnioną technologicznie Europę Środkową.

Zarazem byłby to nieustanny taniec na linie, bowiem Rosja nie będzie zdolna zyskać i utrzymywać równorzędnej pozycji z Unią Europejską. Polityka rosyjska mogłaby jednak realizować swoje interesy w jakimś stopniu wobec mniejszych partnerów (a więc i niektórych państw w Europie Środkowej), zwłaszcza takich które uzależnione są od Rosji energetycznie.

(IV) Rosja z pomocą wysokich cen ropy i gazu, odzyskuje swoją mocarstwową pozycję

Wydaje się, że jest to scenariusz, który najbliższy jest obecnej polityce Kremla.

Realizacja takiego scenariusza może być tym bardziej prawdopodobna im poważniejszego osłabienia dozna USA i Unia Europejska. W przypadku osłabienia USA, po pierwsze wzrosnąć tam mogą tendencje izolacjonistyczne, po drugie Stany mogą zwrócić się w stronę Pacyfiku (co już się w jakimś stopniu dzieje). Podobnie UE okazuje się niezdolna do prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i pojedyncze państwa europejskie podejmują współpracę z Rosją usiłując poprawić swoją sytuację gospodarczą.

Moskwa, pozbawiona silnych nacisków ze strony Zachodu, podejmowałaby współpracę z Chinami w Azji Centralnej. Stawia też na współpracę w grupie BRIC. Przy spełnianiu się takiego scenariusza zakładać by należało, że Moskwa będzie dążyła do odbudowy swojej sfery wpływów na terenie Europy Wschodniej (Kaukaz, Ukraina, Białoruś, Mołdowa), a nawet dążyć do odzyskania części wpływów na terenie Europy Środkowej.

Scenariusz ten wiązać się może z pewnymi próbami modernizacji. Wobec rosnącego procentu ludności nierosyjskiej podejmowane byłyby kwestie ogólnorosyjskiego obywatelstwa, przy tłumieniu objawów wielkoruskiego szowinizmu. Moskwa usilnie starałaby się o syberyjską gospodarkę, wykorzystując wszelkie nadwyżki w handlu zagranicznym do inwestycji na tym terenie.4

(V) Moskwa dokonuje „modernizacji”, zachowując dzisiejszą pozycję w globalnej polityce mocarstwa drugiej klasy

Modernizacja prowadzona jest w oparciu o współpracę z Zachodem, który udziela Rosji poparcia, przeciągając Rosję na swoją stronę, gdy po drugiej stronie są wciąż coraz potężniejsze Chiny. Rosyjskie elity dochodzą do wniosku, że pomysły typu „grupa Szanghajska” mogą przyczynić się jedynie do uzależnienia Rosji od Chin. Rosja zaczyna przeprowadzać powolne ale systematyczne reformy demokratyczne, dopuszczając na swoje terytorium, zwłaszcza na wschód od Uralu, coraz więcej inwestycji zachodnich. UE współpracuje z Rosją nie tylko ze względu na korzyści gospodarcze, ale także ze względów geopolitycznych (blokowanie wpływów chińskich). Najwięcej z takiej współpracy korzystają wielcy inwestorzy z Niemiec i Francji wspierani przez swoje rządy.

Moskwa świadoma swego politycznego znaczenia nie rezygnuje jednak z realizacji swoich interesów i buduje sferę wpływów, w którą usiłuje wciągnąć kraje Europy Wschodniej i Środkowej.

(VI) Federacja Rosyjska rozpada się w stopniowy lecz pokojowy sposób, a poszczególne jej części dostają się pod wpływ jej sąsiadów

Powolne słabnięcie Rosji może powodować stopniowe tracenie przez Moskwę kontroli nad poszczególnymi obszarami. Zjawisko to wystąpiło już w jakimś stopniu pod koniec prezydentury Borysa Jelcyna. Poszczególne regiony mogą usamodzielniać się wraz z uświadamianiem sobie odmiennych od centrali w Moskwie interesów. Budować też mogą odmienną tożsamość opartą o rdzennie etniczną ludność np. w Jakucji lub kształtowania się nowej świadomości Rosjan-Sybiraków.

Trudno sobie wyobrazić spełnianie się takiego scenariusza bez przynajmniej częściowej demokratyzacji struktur władzy. Demokratyzacyjne reformy w pewnej ich wersji mogą wprost sprowokować taki właśnie rozwój wypadków.

(VII) Rozpad Federacji Rosyjskiej prowadzi do bałkanizacji ogromnego terytorium, wywołując napięcia w polityce światowej o charakterze globalnym.

Przebieg wydarzeń w przypadku spełniania się takiego scenariusza jest najmniej przewidywalny. Zarazem jest o tyle prawdopodobny, że tak wielkie terytorium z taką ilością bogactw naturalnych nie może pozostać bezpańskie.

Ten niepokojący scenariusz łączyć się może z narastającymi konfliktami na terenie Azji i wojnami na tym kontynencie.

* * *

Należy zwrócić uwagę, że te scenariusze nie wykluczają się wzajemnie i może się zdarzyć, że jeden przechodzić będzie w drugi. Realizacja scenariusza „Rosji w chwiejnej równowadze” (III) może przeobrazić się w rozwój sytuacji opisywanej w scenariuszu (V) „Moskwy modernizującej się”, jak i zmienić się w scenariusz „zależności od Chin” czy nawet scenariusz „rosyjskiego państwa narodowego” (I). Scenariusz „Rosji w chwiejnej równowadze” najbardziej przypomina stan obecny, choć pewnie wielu obserwatorów, jak i obecne rosyjskie elity zaprzeczyły by, że owa równowaga jest aż tak chwiejna. Zależność Moskwy od Pekinu nie jest dzisiaj postrzegana jako istotna.5

Inna refleksja nasuwająca się przy budowie takich scenariuszy dotyczy dystansu czasowego. Wydaje się, że ogólne makroprzesłanki (np. demografia, kapitał ludzki) wskazują na bardziej pesymistyczne dla Rosji scenariusze. Nawet jeśli to właśnie one miałyby się spełniać, nie oznacza to, że w krótszym, średnim okresie Moskwa nie odniesie jeszcze poważnych politycznych sukcesów. Jest krajem dostatecznie potężnym, by nawet słabnąc, centrala w Moskwie mogła realizować z powodzeniem swoje najróżniejsze projekty, łącznie z odzyskiwaniem wpływów na jakimś ograniczonym obszarze.

Refleksja ta jest, jak się wydaje, istotna dla polskiego planowania politycznego. Warszawa może mieć jedynie minimalny (jeśli nie praktycznie żaden) wpływ na postępowanie Moskwy w sprawach strategicznych, a także dość trudno Warszawie kształtować stosunki polsko-rosyjskie podług własnych zamiarów. Moskwa, zależnie od swych potrzeb, może stosunki te „pogarszać” lub „polepszać”, manipulując nimi na swój sposób. Polska postawa wyczekiwania i do pewnego stopnia pasywność wydaje się najwłaściwsza. Nie wyklucza to oczywiście najrozmaitszych działań, a nawet inicjatywy ze strony polskiej, chodzi jednak o to, by nie przeradzało się to w nadmierny aktywizm i nie prowokowało złudzeń.6 Wydaje się, że utrzymywanie nawet tylko pozorów dobrych stosunków jest czymś pożądanym, tym bardziej jeśli chce się prowadzić bardziej aktywną politykę w obszarze wschodniego sąsiedztwa.

Dr Kazimierz Wóycicki – politolog, historyk, dziennikarz. Działacz opozycji demokratycznej (1967-1989), praca w miesięczniku „Więź” (1973-1989) dyrektor Instytutu Polskiego w Dusseldorfie (1996-99) oraz w Lipsku (2000-03), dyrektorem szczecińskiego IPN (2004-2007). Obecnie wykładowca Studium Europy Wschodniej UW (kazwoy.wordpress.com)

1Przewidywania CIA z roku 2004 rozpadu Federacji Rosyjskiej na 6-7 jednostek terytorialnych. Sprawa zróżnicowania terytorialnego Federacji a nawet jej rozpadu wciąż powraca również w rosyjskich opracowaniach patrz m.in.: http://www.opendemocracy.net/od-russia/natalia-zubarevich/fourrussias-rethinking-post-soviet-map (dostęp 20.04.12).

2N. Eberstadt, The Dying Bear FA Nov./Dec. 2011

3W roku 2050 cała FR liczyć będzie wg szacunków demograficznych ok. 100 mln.

4L. Goodrich, Russia: Rebuilding an Empire While It Can, Stratford, Geopolitical Weekly http://www.stratfor.com/weekly/20111031-russia-rebuilding-empire-while-it-can utm_source=freelistf&utm_medium=email&utm_campaign=20111101 utm_term=gweekly&utm_content=readmore&elq=5a841c366c764437be4c20d3ab6fd4ba (dostęp 01.11.2011)

5H. Carrère d’Encausse, La Russie entre deux mondes, Paris 2011.

Gruziński egzamin z demokracji

Rewaz Dżorbenadze, Krzysztof Łukjanowicz

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz" nr 2, lipiec 2012, ss. 141-149]

Kurs polityczny oparty o zachodnie wartości liberalno – demokratyczne, który obrany został przez Tbilisi na początku obecnego stulecia, zdeterminował kolejne lata rozwoju gruzińskiej państwowości. Proces transformacji w Gruzji wciąż trwa a podstawowym celem obecnego obozu rządzącego jest integracja ze światem zachodniej demokracji. Ostatnie dwadzieścia lat w gruzińskiej historii można nazwać okresem poszukiwania własnej tożsamości. Dzisiaj staje się oczywiste, że dla Gruzji priorytetem jest tożsamość europejska. Poprzednie dwie dekady okazały się dla Tbilisi niezwykle trudne pod wieloma względami. Był to okres pełen różnego rodzaju prób i wyzwań, którym państwo nie zawsze skutecznie potrafiło sprostać. Obecnie przed Gruzją jeden z najważniejszych testów w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Mowa tutaj o październikowych wyborach parlamentarnych, które można nazwać gruzińskim egzaminem z demokracji.

Aby państwo stało się pełnoprawnym podmiotem międzynarodowej wspólnoty demokratycznej, w pierwszym rzędzie powinno spełnić wszystkie istotne normy, które są integralną częścią każdego współczesnego ustroju demokratycznego. Proces ten niewątpliwe rozpoczął się w Gruzji po Rewolucji Róż w 2003 r. Niemniej jednak, ostatnie lata pokazały, że po raz kolejny gruzińskie społeczeństwo w swojej aktywności politycznej przejawia tendencję do realizowania celów poszczególnych liderów politycznych, a nie budowy sprawnie funkcjonującego społeczeństwa obywatelskiego. W konsekwencji, wiele istotnych reguł demokracji wydaje się być spychanych na drugi plan. Istotny problem stanowi również „granica” pomiędzy tym co demokratyczne a autorytarne w świadomości gruzińskiego społeczeństwa. W procesie transformacji ustrojowej, która zachodzi obecnie w Gruzji, część reform czysto demokratycznych odbierana jest przez niektóre kręgi (zwłaszcza opozycyjne) jako nadużywanie władzy ze strony obecnego obozu rządzącego. Rządzący natomiast oskarżają krytykantów o sympatyzowanie z ustrojem autorytarnym. Świadczy to o tym jak młoda i wciąż nieukształtowana jest gruzińska demokracja.

Wybory parlamentarne w 2012 r. powinny stać się dowodem na to, że Gruzja skutecznie wprowadza reformy demokratyczne, a obywatele w sposób całkowicie wolny mogą wyrazić swoje zdanie. Gruzja będzie miała idealną okazję aby udowodnić, że jej aspiracje do wejścia w krąg państw demokratycznych nie są bezpodstawne. Zarówno Unia Europejska jak i NATO muszą zobaczyć, że pomimo wielu wszelakich trudności, Gruzja wreszcie odnalazła prostą drogę, która wiedzie do Europy.

W tym miejscu powinniśmy spróbować odpowiedzieć na kilka następujących pytań: Jak przedstawia się sytuacja wewnętrzna w Gruzji niespełna dziewięć lat po Rewolucji Róż? Jakie istotne procesy polityczne zachodzą w kraju? Jak przygotowują się do wyborów poszczególne partie polityczne? I wreszcie jakie działania są podejmowane przez liderów politycznych w celu osiągnięcia końcowego sukcesu?

W wyniku wojny pięciodniowej z Rosją w 2008 r. pojawiły się nowe problemy związane z kwestią gruzińskiej integralności terytorialnej. Sierpniowe, tragiczne w skutkach wydarzenia spowodowały, że rosyjska armia całkowicie zajęła terytoria Abchazji i Osetii Płd., obwieszczając przy tym światu o ich niepodległości. W rezultacie, obie republiki w całości znalazły się w orbicie wpływów Moskwy. Unia Europejska w pełni popiera gruzińską integralność terytorialną, wzywając przy tym Rosję do wycofania się z okupowanych terytoriów. Na chwilę obecną działania te nie spotykają się jednak z żadnym odzewem ze strony Moskwy. Wręcz przeciwnie, Rosja wciąż wzmacnia swoją obecność wojskową na obu terytoriach, uniemożliwiając wjazd do Abchazji i Osetii Płd. Misji Obserwacyjnej Unii Europejskiej (ang. EUMM).

Zarówno przed jak i po wojnie pięciodniowej, w gruzińskim dyskursie publicznym dominowała antyrosyjska retoryka i przedstawianie Moskwy jako głównego wroga państwa. Rosyjscy politolodzy i eksperci od spraw rozwiązywania konfliktów uważają, że wojna w 2008 r. była nieunikniona, argumentując swoje twierdzenia „racjonalnymi” z ich punktu widzenia teoriami. W.A. Swietłow twierdzi, że opierając się na logice działania stron zaangażowanych w konflikt można wywnioskować, iż wtargnięcie rosyjskich wojsk na terytorium Gruzji może być usprawiedliwione, ponieważ celem było ustanowienie stabilizacji i zachowanie przez Moskwę statusu gwaranta pokoju w regionie1. Problem polega jednak na tym, że rosyjskie wojska nie zatrzymały się tam, gdzie wcześniej stacjonowali pokojowi obserwatorzy, a wtargnęły w głąb Gruzji, łamiąc status quo i docierając prawie aż do stołecznego Tbilisi. Od całkowitej katastrofy Gruzję uratowało wsparcie państw europejskich, wśród których istotną rolę odegrała również Polska. Wojna szybko się zakończyła ale napięcie pomiędzy Rosją a Gruzją trwa nieustannie do dnia dzisiejszego. Obecna władza w Tbilisi i opozycja wciąż oprotestowuje politykę Rosji względem dwóch separatystycznych republik. Natomiast Suchumi i Cchinwali, z pozycji niepodległych państw, próbują nawiązać dialog z gruzińskim rządem na neutralnym szwajcarskim gruncie. Negocjacje prowadzone w Genewie już niejednokrotnie jednak zboczyły w ślepy zaułek, ze względu na nieustępliwość każdej ze stron. Wydaje się, iż należy zgodzić się z opinią gruzińskiego politologa K.K. Kakaczi, który określił obecne stosunki na linii Moskwa – Tbilisi jako „iluzoryczną stabilizację”2.

W wyniku referendum w styczniu 2008 r. obywatele Gruzji zadecydowali, że ich kraj powinien dążyć do integracji ze strukturami euroatlantyckimi. Właśnie sprawa ewentualnego przystąpienia Tbilisi do NATO jest obecnie jedną z najbardziej spornych kwestii nie tylko w relacjach na linii Gruzja – Rosja, ale całego Sojuszu Północnoatlantyckiego z Moskwą. Co więcej, również wewnątrz samego NATO na temat członkostwa Gruzji zdania są podzielone. Wszystko to powoduje, że na dzień dzisiejszy Tbilisi musi zadowolić się kilkukrotnie już powtarzaną deklaracją Sojuszu, że „Gruzja na pewno zostanie członkiem NATO”3. Kiedy to nastąpi? Nie ulega wątpliwości, że to właśnie od tego jak zostaną przeprowadzone najbliższe wybory parlamentarne oraz rok później prezydenckie zależeć będzie w dużej mierze, na ile przybliży się do Tbilisi, bądź też oddali, euroatlantycka przyszłość.

Istotne znaczenie w procesie gruzińskiej transformacji ustrojowej ma również zagadnienie praw człowieka. Niejednokrotnie w tej kwestii raporty publikowała organizacja Human Rights Watch. W ostatnich latach najwięcej zastrzeżeń do Gruzji było w stosunku do metod tłumienia manifestacji przez obecne władze. Antyrządowe protesty na ulicach Tbilisi nierzadko w ostatnich latach kończyły się stanowczą interwencją policji i większym lub mniejszym rozlewem krwi. Niepokój organizacji budzą również łamane prawa więźniów oraz upolityczniony system gruzińskiego sądownictwa. Problemem, z którym Gruzja zmaga się już wiele lat jest także ogromna liczba uchodźców4.

Gruzję w ostatnim czasie dosięgnął również światowy kryzys ekonomiczny. Na domiar złego stało się to w momencie kiedy gospodarka państwa była nader słaba. Gospodarka, która opiera się wciąż w głównej mierze na kredytach i inwestycjach. Istotnym problemem jest również inflacja, wzrost zadłużenia państwa, podnoszenie opłat na wszystkie usługi oraz ograniczona pomoc socjalna ze strony państwa. Regularnie uwidacznia się również polaryzacja obywateli i różnych instytucji. Praktycznie każda struktura państwa znajduje się pod kontrolą obozu rządzącego, a każda inna uważana jest automatycznie za opozycyjną.

Na przedstawionym powyżej tle, jesienią 2011 r. gruzińska scena polityczna wzbogaciła się o kolejną barwną postać. Jest to Bidzina Iwaniszwili, biznesmen i miliarder, którego deklaracja zaangażowania się w politykę, całkowicie zdeterminowała oblicze kampanii wyborczej przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi. Kim jest człowiek, którego jedno oświadczenie odbiło się tak szerokim echem na gruzińskiej scenie politycznej?

Bidzina Iwaniszwili urodził się w 1956 r. w małej gruzińskiej wsi Czorwila w regionie Imeretia. Jego ojciec pracował jako górnik w kopalni manganu w miejscowości Cziatura. Iwaniszwili po zakończeniu szkoły w Saczchere opuścił rodzinne strony i wyjechał do stołecznego Tbilisi. Po uzyskaniu wyższego wykształcenia na tbiliskim Uniwersytecie im. Iwane Dżawachiszwili na Wydziale Inżynieryjno – Ekonomicznym, Iwaniszwili postanowił spróbować swoich sił w biznesie. Rychło okazało się, że była to przełomowa decyzja w jego życiu, która nie tylko pozwoliła zapomnieć mu o rodzinnym ubóstwie, ale wręcz wyniosła go na wyżyny drabiny społecznej. Iwaniszwili początkowo zajął się handlem komputerami, a jego pierwszym klientem była Grudzińska Akademia Nauk. W ten sposób udało mu się zdobyć solidny kapitał. W 1988 r. już jako młody biznesmen opuścił ojczyznę i wyjechał do Moskwy. W stolicy Rosji jego kariera nabrała dopiero rozpędu. Iwaniszwili rozwinął swój komputerowy biznes wzbogacając swoją ofertę również o telefony przyciskowe z numeryczną klawiaturą. Efekt był taki, że już w 1990 r. Bidzina Iwaniszili stał się w Rosji liderem w przemyśle elektryczno – technicznym. Kolejnym krokiem w jego karierze było założenie banku „Rosyjski Kredyt”, który prosperuje do dzisiejszego dnia. Jedyna zmiana zaszła tylko w kierownictwie banku. Informując opinię publiczną o swoim zamiarze wejścia w politykę, Iwaniszwili zadeklarował, że sprzeda wszystkie swoje aktywa w Rosji by nie być posądzanym o reprezentowanie rosyjskich interesów. Słowa dotrzymał i obecnie zarówno „Rosyjski Kredyt” jak i część innych nabytych później aktywów w Rosji została sprzedana prywatnym inwestorom. Majątek Iwaniszwilego wciąż jednak oscyluje w granicach 6,4 mld dolarów, co jest równe połowie rocznego PKB Gruzji5.

Iwaniszwili nigdy nie zapomniał o swoich rodzinnych stronach. Już jako doświadczony biznesmen powrócił do Gruzji gdzie zajął się działalnością filantropijną. Państwo po ciężkich latach 90-tych szczególnie potrzebowało takiej pomocy. Dzięki środkom finansowym Iwaniszwilego na terenie całego kraju wybudowano bądź też wyremontowano szkoły, szpitale i cerkwie. Muzea i wiele innych instytucji edukacyjno-kulturalnych przetrwało tylko dzięki ofiarności Iwaniszwilego.

Biznesmen pośrednio był również uczestnikiem Rewolucji Róż. Po bezkrwawym przejęciu władzy w państwie przez obóz polityczny Micheila Saakaszwilego, Iwaniszwili niejednokrotnie finansował przeprowadzane w państwie reformy. Dzięki jego środkom finansowym zmodernizowana została gruzińska policja. Wybudowano nowoczesne posterunki, zakupione zostały nowe mundury oraz samochody. Iwaniszwili nigdy jednak nie przekazał pieniędzy na zakup broni.

Można powiedzieć, że przez niemal 5 lat po rewolucji, środki finansowe Iwaniszwilego były jednym z istotnych filarów funkcjonowania państwa. Wszystko jednak uległo zmianie w 2008 r. Najpierw wielkie antyrządowe protesty opozycji na ulicach Tbilisi, następnie przyspieszone wybory prezydenckie i parlamentarne a na koniec wojna z Rosją spowodowały, że stosunek Iwaniszwilego względem obozu Saakaszwilego uległ diametralnej zmianie. Biznesmen zaprzestał wspierania rządu, posądzając przy tym otoczenie prezydenta o zapędy totalitarne i rezygnację z ideałów, które głoszone były przez uczestników rewolucji w 2003 r. Iwaniszwili całkowicie wycofał się z życia politycznego państwa, z zewnątrz obserwując wydarzenia rozgrywające się w Gruzji. Społeczeństwo jednak nie zapomniało jego osoby, czego najlepszym dowodem była reakcja społeczna po ogłoszeniu wspomnianej wyżej deklaracji z jesieni 2011 r. o aktywnym zaangażowaniu się w politykę państwa. Według ówczesnych sondaży ponad 40% obywateli pozytywnie oceniało pojawienie się Iwaniszwilego na gruzińskiej scenie politycznej6.

Bidzina Iwaniszwili jako cel postawił sobie zdobycie fotela premiera Gruzji, którego rozszerzone kompetencje po wejściu w życie nowej konstytucji, pozwolą właściwie kierować państwem. Pojawienie się w życiu politycznym Iwaniszwilego spowodowało, że rządzącemu Zjednoczonemu Ruchowi Narodowemu (ZRN) przybył groźny konkurent. Właściwie po raz pierwszy od Rewolucji Róż obóz Micheila Saakaszwilego został wystawiony na poważną próbę. Do tej pory, w starciu z rozbitą i skłóconą opozycją rząd za każdym razem odnosił pewne zwycięstwo. Tym razem wyzwanie rządowi rzucił człowiek, który dysponuje tym, czego opozycji w ostatnich latach najbardziej brakowało. Są to środki finansowe i charyzma wzbogacone jeszcze o wieloletnie doświadczenie w biznesie.

Przez lata politycy rządzący zapewniali o budowaniu w Gruzji państwa w oparciu o zasady demokratyczne. Jak wiadomo, jednym z zasadniczych elementów takiego państwa jest pluralizm polityczny. Niestety, pierwsze miesiące aktywności Iwaniszwilego pokazały, że Gruzja w tej kwestii nie zrobiła właściwie żadnego postępu. Po raz kolejny kampania wyborcza przerodziła się w walkę personalną, ambicjonalną, walkę liderów politycznych o prymat w państwie. Ideały demokratycznej rywalizacji w warunkach pluralizmu politycznego, o których tak często mówili politycy rządzącej partii, w momencie pojawienia się silnego konkurenta zostały zmarginalizowane.

Obecnie na gruzińskiej scenie politycznej utworzyły się dwa silnie kontrastujące ze sobą fronty. Pierwszy reprezentowany przez zwolenników Micheila Saakaszwilego, drugi kierowany przez Bidzinę Iwaniszwilego. Przeciwko biznesmenowi wykorzystywane są wszelkie możliwe mechanizmy i instytucje. W celu osłabienia przeciwnika zmieniane jest również prawo. Politycy z kręgu obecnego prezydenta, poprzez swoje wypowiedzi, mające zdyskredytować groźnego konkurenta spowodowały, że dzisiaj wszyscy stronnicy Iwaniszwilego automatycznie uznawani są za realizatorów rosyjskiej polityki w Gruzji. Politycy rządzącego ZRN starają się stworzyć sytuację, w której obywatele mają do wyboru tylko dwie drogi: zachodnioeuropejską oraz euroazjatycką pod rosyjską hegemonią. Retoryka partii rządzącej ma uświadomić społeczeństwu, że właściwa jest wyłącznie ta pierwsza droga, a wspieranie Iwaniszwilego oznacza rezygnację z zachodnioeuropejskich ideałów i powrót pod rosyjskie panowanie. Starcie na linii Saakaszwili – Iwaniszwili osiągnęło taki stan, że obecnie by uniknąć oskarżenia o reprezentowanie rosyjskich interesów należy unikać kontaktów z opozycją.

Trzeba zaznaczyć, że również lider Gruzińskiego Marzenia podejmuje co pewien czas kontrofensywę. Jego możliwości działania, pomimo posiadania ogromnych środków finansowych są jednak ograniczone z kilku powodów. Przede wszystkim, gruziński filantrop paradoksalnie nie posiada gruzińskiego obywatelstwa. Wszystko za sprawą przyjęcia przed dwoma laty paszportu francuskiego, przy jednoczesnym posiadaniu obywatelstwa gruzińskiego i rosyjskiego. Iwaniszwili przez długi czas nie był świadomy tego, że decyzja ta oznaczała utratę obywatelstwa Gruzji. Co ciekawe, o tym, że nie jest już obywatelem Gruzji Iwaniszwili dowiedział się od władz państwowych dopiero w momencie ogłoszenia swojej deklaracji o chęci startu w wyborach parlamentarnych. Biznesmen usilnie zabiegał o ponowne przyznanie mu paszportu państwa, w którym się urodził lecz za każdym razem na drodze stawały rzekome przeszkody albo natury biurokratycznej albo prawnej. Ostatecznie, nie chcąc tracić cennego czasu przed wyborami Iwaniszwili podjął próbę realizacji swoich celów politycznych nieco okrężną drogą. Jako obywatel Francji założył ruch obywatelski Gruzińskie Marzenie, który bardzo szybko stał się swoistą platformą koordynacji działań politycznych wszystkich zwolenników biznesmena. Rychło ruch przekształcił się w koalicję o zbliżonej nazwie „Gruzińskie Marzenie – Demokratyczna Gruzja” (GMDG), na czele której osobiście stanął Iwaniszwili. W jej skład weszły trzy opozycyjne ugrupowania polityczne: Nasza Gruzja – Wolni Demokraci, Partia Republikańska oraz Forum Narodowe. Ponadto, z koalicją blisko współpracują przewodniczący Partii Konserwatywnej Zwiad Dzidziguri oraz lider Partii Ludowej Koba Dawitaszwili. Koalicjanci wspólnie podjęli decyzję o wystartowaniu w wyborach parlamentarnych jako jeden blok wyborczy.

Przedwyborcza walka pomiędzy partią rządzącą a opozycyjną koalicją (a ściślej pomiędzy Saakaszwilim a Iwaniszwilim) odbywa się na kilku płaszczyznach. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście stosunek obu stron względem kierunku rozwoju państwa po wyborach. W walce tej wykorzystywane są wszelkie możliwe narzędzia i socjotechniki. Istotne znaczenie ma tutaj również niewątpliwie propaganda. W tym względzie przewagę ma oczywiście rząd, któremu sprzyjają wszystkie ogólnodostępne w kraju stacje telewizyjne. Micheil Saakaszwili w swojej retoryce często przywołuje postać wielkiego średniowiecznego władcy Gruzji Dawida IV Budowniczego, który swoimi osiągnięciami może być porównany do Kazimierza Wielkiego. Okres po Rewolucji Róż niejednokrotnie był już przez Saakaszwilego porównywany do tzw. Złotego Wieku, który w XII wieku zapoczątkował właśnie Dawid IV. Gruzja była wówczas silna i rozległa jak już nigdy więcej w swojej długiej historii. Obecnie to Micheil Saakaszwili ma uchodzić za kontynuatora budowy silnego państwa gruzińskiego. Nie ma tygodnia aby w gruzińskich mediach nie pojawił się obraz pracującego prezydenta, osobiście uczestniczącego we wznoszeniu nowych gmachów lub dróg na terenie całego państwa. Saakaszwili chce być postrzegany nie jako odizolowany w swoim pałacu lider kraju lecz jako jeden z obywateli, który dba o każdego mieszkańca nawet najdalej oddalonej wsi w górach Kaukazu. Mając za przeciwnika biznesmena a zarazem filantropa, którego dobroczynność jest powszechnie znana i szanowana, strategia bliskiej integracji ze społeczeństwem wydaje się być zrozumiała. Trzeba zaznaczyć, że taktyka ta przynosi spodziewany efekt. To właśnie na prowincji ZRN ma wciąż największe poparcie. W Tbilisi, gdzie społeczeństwo jest bardziej aktywne i świadome politycznie, poparcie dla rządu, zwłaszcza po wojnie w 2008 r., wyraźnie spadło.

Batalia propagandowa na linii Saakaszwili – Iwaniszwili odbywa się również na gruncie amerykańskim. W kraju największego sojusznika Gruzji obie strony starają się zyskać sympatię Białego Domu wykorzystując do tego czołowe firmy lobbingowe. Na ten cel zarówno rząd jak i lider opozycyjnej koalicji poświęcają niebagatelne środki finansowe. Na rzecz Iwaniszwilego lobbują obecnie w Stanach Zjednoczonych najbardziej wyspecjalizowane firmy takie jak Patton Boggs, National Strategies, Downey McGrath Group czy Parry Romani Deconcini & Symms7. Gruziński rząd w odpowiedzi zawarł kontrakt z firmą Podesta Group, na konto której w zamian za lobbing wpłynie do końca 2012 r. 600 tys. dolarów. Iwaniszwili w pierwszym rzędzie poprzez lobbing stara się zmienić wizerunek kierowanej przez siebie koalicji, przekonując Amerykanów, że Gruzińskie Marzenie jest wierne ideałom demokratycznym i integracji ze strukturami euroatlantyckimi. Z drugiej strony biznesmen chce ukazać Waszyngtonowi rzeczywiste jego zdaniem oblicze państwa rządzonego przez Micheila Saakaszwilego, w którym łamane są prawa człowieka a opozycja stale jest represjonowana. Celem biznesmena jest usłyszenie od amerykańskich polityków krytycznych słów pod adresem gruzińskiego rządu, które mógłby odpowiednio wykorzystać w kampanii przedwyborczej. Strona rządowa natomiast stara się wywołać, zarówno w kraju jak i Stanach Zjednoczonych, poczucie strachu przez Gruzińskim Marzeniem, które w przypadku dojścia do władzy odwróci gruziński wektor polityczny ponownie w stronę Moskwy. Saakaszwili chce przekonać Amerykę, że obecnie, dla ZRN nie ma w Gruzji alternatywy, która konstruktywnie mogłaby kontynuować proces budowy silnego, demokratycznego państwa.

W wyścigu o władzę w państwie obie strony wykorzystują również opłacane przez siebie firmy zajmujące się badaniem opinii publicznej. Jakże gwałtowną reakcję obozu rządzącego wywołały wyniki sondażu przeprowadzonego na początku 2012 r. przez gruziński Instytut Polityki Społecznej. Badanie opinii publicznej wykazało wówczas, że Iwaniszwili cieszy się większą sympatią ze strony społeczeństwa niż Saakaszwili, a jego elektorat jest jeszcze nie do końca ukształtowany i stale się powiększa8. Politycy rządzącej partii sondaż nazwali nader nieobiektywnym i zamówili przeprowadzenie podobnych badań przez instytucje zagraniczne, które, ich zdaniem, „cieszą się światową renomą”. Jak było do przewidzenia, wyniki badań były radykalnie inne, tym razem wyjątkowo korzystne dla Micheila Saakaszwilego9. Na tym sondażowa batalia się zakończyła, ale na miesiąc przed wyborami niewątpliwie zostanie wznowiona.

Obie strony personalnego konfliktu oprócz działań ofensywnych również bacznie się obserwują, starając się odpowiednio wykorzystać nawet najmniejszy błąd przeciwnika. Duże kontrowersje wzbudziła wypowiedź Iwaniszwilego dla gazety „Rezonansi” w listopadzie 2011 r., gdzie biznesmen stwierdził, że strategicznym błędem obecnego rządu jest nieuznawanie Abchazji i Osetii Płd. za strony konfliktu10. Biznesmen nawiązał wówczas do prowadzonych w Genewie od 2008 r. negocjacji dotyczących bezpieczeństwa i pokoju na Kaukazie Płd., w których oprócz Rosji i Gruzji uczestniczą także przedstawiciele dwóch separatystycznych republik. Ani Suchumi ani Cchinwali nie biorą jednak udziału w rozmowach pokojowych jako strony. Wypowiedź Iwaniszwilego została ostro skrytykowana przez polityków partii rządzącej, którzy oskarżyli go o zdradę narodowych interesów. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że pogląd dotyczący statusu Abchazji i Osetii Płd. reprezentowany przez Bidzinę Iwaniszwilego właściwie pokrywa ze się ze stanowiskiem Moskwy. Również Rosja dalsze postępy w genewskich rozmowach uzależnia od tego, czy Tbilisi uzna separatystów za strony konfliktu. Dla Gruzji takie rozwiązanie jest całkowicie nie do zaakceptowania gdyż przyznanie dwóm republikom oficjalnego statusu strony oznaczałoby de facto uznanie ich niezależności. Zresztą trudno sobie wyobrazić aby Suchumi i Cchinwali po zmianie ich statusu zmieniło nagle swój punkt widzenia w kwestii bezpieczeństwa na Kaukazie Płd. i powrotu do domów gruzińskich uchodźców.

Starcie dwóch liderów politycznych potrwa niewątpliwe aż do samego momentu wyborów parlamentarnych. Jak potoczą się dalsze losy obu polityków w dużej mierze zależeć będzie od tego kto w październiku odniesie zwycięstwo. Jeżeli będzie to Zjednoczony Ruch Narodowy wydaje się, że koalicyjne Gruzińskie Marzenie nie przetrwa próby czasu a opozycja podobnie jak we wcześniejszych latach podzieli się na szereg wzajemnie rywalizujących ze sobą małych ugrupowań. Nie da się ukryć, że istotnym czynnikiem jednoczącym obecnie opozycjonistów wokół Iwaniszwilego są jego niebagatelne środki finansowe. Połączenie się z Gruzińskim Marzeniem było dla wielu mniejszych ugrupowań jedynym rozwiązaniem by w ogóle przetrwać na gruzińskiej scenie politycznej.

Kto zwycięży w wyścigu po władzę w państwie trudno przewidzieć na podstawie sondaży, których wyniki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Słupki poparcia dla obu liderów wciąż się wahają. Na podstawie jednak aktywności politycznej i umiejętności wykorzystywania odpowiednich instrumentów w walce politycznej wydaje się, że władza w Gruzji pozostanie w rękach obozu Saakaszwilego. Poparcie dla bohatera Rewolucji Róż w porównaniu z poprzednimi latami jest niewątpliwe znacznie słabsze ale mimo wszystko wciąż wystarczające na odniesienie końcowego sukcesu. Ekipie obecnego prezydenta rzadziej zdarzają się błędy w trwającej kampanii przedwyborczej. Zdecydowana większość obywateli Gruzji chce integracji z NATO i rząd skutecznie utrzymuje społeczeństwo w przekonaniu, że uda się to w najbliższych latach osiągnąć. Iwaniszwili natomiast pomimo tego, że deklaruje swoją sympatię względem struktur euroatlantyckich otoczony jest politykami, którzy jeszcze nie tak dawno negatywnie wypowiadali się w kontekście integracji Gruzji z Sojuszem Północnoatlantyckim. Wśród nich są liderzy Forum Narodowego Kacha Szartawa oraz Gubaz Sanikidze a także blisko współpracujący w Gruzińskim Marzeniem Gogi Topadze. Te i inne czynniki powodują, że większość w nowo wybudowanym budynku gruzińskiego parlamentu w Kutaisi zdobędą najprawdopodobniej politycy Zjednoczonego Ruchu Narodowego.

Pytanie tylko w jaki sposób zwycięstwo to zostanie odniesione. Do wyborów nie przygotowują się tylko politycy ale również setki zagranicznych obserwatorów. Jeżeli podczas procesu wyborczego dojdzie do jakichkolwiek prób manipulacji i łamania prawa wyborczego, wówczas Gruzja na długie lata może pożegnać się z marzeniami o wejściu w krąg państw zachodniej demokracji. Wszystko więc w rękach obozu rządzącego bo to on aktualnie rozdaje karty. Jeżeli Gruzja pozytywnie przejdzie przez październikowy egzamin z demokracji, niewątpliwie wykonana tym samym istotny krok w kierunku umocnienia swojej państwowości a zapowiedzi o nadchodzącym kolejnym złotym wieku być może faktycznie staną się rzeczywistością.

Prof. Rewaz Dżorbenadze – wykładowca na Uniwersytecie im. Iwane Dżawachiszwili w Tbilisi, politolog, specjalista w dziedzinie teorii konfliktów.

Krzysztof Łukjanowicz – absolwent Instytutu Historycznego UW, obecnie doktorant na Uniwersytecie im. I. Dżawachiszwili w Tbilisi. Zajmuje się zagadnieniem bezpieczeństwa w regionie Kaukazu Płd.

1 Светлов В.А., Грузино-югоосетинский конфликт – Размышления конфликта. ст. 65-73, Журнал ПОЛИС, 2009, № 2, М.

2 Kakatchia K.K., Russia-Georgia Today: An Illusory Stability. P.1-5. PONARS Eurasia Policy Memo № 109, 2010.

3 NATO Chicago Summit Declaration, Issued by the Heads of State and Government participating in the meeting of the North Atlantic Council in Chicago on 20 May 2012, point 29.

4 Human Rights Watch – Georgia, January 2010.

5 Forbes Magazine, World’s richest people raport, March 2012.

6 Georgian Institute for Polling and Marketing, public opinion survey, November 2011

7 D. Avaliani, Sheteva Amerikaze, Tabula 2012, nr 98, str. 12

8 Sumbadze N. Electorate Profile: Report of The Survey. Tbilisi 2012

9 Democratization Processes, Regional Context, National Minority Issues and Conflict Transformation in Georgia (Situational Analysis) July-September, 2011. “UNIVERSAL”, Tbilisi 2012

10 Bidzina Iwaniszwili, Apkhazetisa da e.c. somxret osetis mkhareebad aragiareba strategiuli shecdomaa, Rezonansi 2011, nr 314, s. 7.

Okręt flagowy na wzburzonych falach

Bogdan Góralczyk

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz" nr 1, październik 2011, ss. 81-85]

Wśród kilku priorytetów polskiej prezydencji w UE znajduje się Partnerstwo Wschodnie. Jest pierwszym polskim unijnym projektem, a przynajmniej przygotowanym przy naszym walnym współudziale, więc jest o co walczyć. Jednakże realizacja tego celu może okazać się niezwykle trudna, bo warunki dla rozwoju tej inicjatywy nie są sprzyjające. Tym samym, przed polska dyplomacją stoi poważny test: czy potrafimy skutecznie bronić swoich interesów i programów?

Same przeszkody

Jeśli nie będziemy aktywni, stanowczy, zaradni i konsekwentni, Partnerstwo Wschodnie może odejść na bok i stracić na znaczeniu. Na czas polskiej prezydencji przypadają początki trzech ważnych ogólnoeuropejskich debat: budżetowej na lata 2014-2020, Paktu Solidarności Europejskiej i na temat polityki spójności w ramach strategii „Europa 2020”. Jeśli do tego dodamy, ciągle wzbudzający emocje, bo też kosztowny, pakiet energetyczno-klimatyczny, wyłania się trudna agenda, w ramach której trudno będzie wysupłać więcej środków dla Partnerstwa Wschodniego, niż przyznane mu w obecnej perspektywie finansowej, do 2013 r., 600 mln euro. A bez większych środków trudno spodziewać się, że Partnerstwo mocno ruszy z kopyta. Jest zrozumiałe, że nie ma spraw ważniejszych, a zarazem trudnych dla wszystkich państw członkowskich, niż kwestie budżetowe. Tym bardziej teraz, gdy Europa w dobrej kondycji finansowo-budżetowej nie jest, o czym świadczy kryzys Eurozony i poważne kłopoty kilku państw członkowskich, barwnie nazwanych PIIGS, które mają spore trudności z własnym budżetem (chodzi o Irlandię, Grecję, Hiszpanię, Portugalię i Włochy). W takich okolicznościach debata nad finansami będzie szczególnie trudna.

Drugi czynnik, który z całą pewnością utrudni utrzymywanie Partnerstwa Wschodniego na agendzie, to przedłużający się, trudny do przewidzenia w skutkach, kryzys w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Te kwestie, wszystko na to wskazuje, w trakcie polskiej prezydencji pozostaną aktualne. Europa, co naturalne, będzie bardziej patrzyła raczej na południe niż na wschód, a ostatni moment jej większego zainteresowanie Europa Wschodnią, miał miejsce w czasie kryzysu po ostatnich wyborach na Białorusi pod koniec ubiegłego i na początku bieżącego roku. To właśnie one, jak wiele na to wskazuje, mocno rozczarowały niemieckie elity co do głębszego zaangażowania na wschodzie – i to jeszcze przed rekcją domina w państwach arabskich, zapoczątkowaną w Tunezji.

Oczy Europejczyków są skierowane teraz na południe, a nie na wschód. W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na to, iż jedno z państw członkowskich naszej „trójki” – Cypr, w znanej analizie Marka Leonarda i Nicu Popescu nazwany „rosyjskim koniem trojańskim w UE”, nie tylko nie będzie Partnerstwa wspierał, ale kierował uwagę na swój region.

Uogólniając, zapoczątkowana w 2004 r. Europejska Polityka Sąsiedztwa nie ma teraz sprzyjających wiatrów, bo gorącymi tematami są włoska wysepka Lampedusa czy konieczność zacieśnienia zewnętrznych bram układu z Schengen. O tej zmianie kierunków zainteresowań jednoznacznie świadczy sygnowany przez Francję, Hiszpanię, Grecję, Cypr, Maltę i Słowenię, non paper z 14 lutego br., wzywający do wzmocnienia kierunku śródziemnomorskiego w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. A Włosi już też – i to kilkakrotnie – dawali do zrozumienia, że są zainteresowani wyłącznie tym kierunkiem polityki sąsiedztwa.

Wspólnie – ale jak?

Ten dokument i apel powinien być przesłaniem dla polskiej dyplomacji: sami nie zdziałamy wiele, musimy mieć sojuszników. Doświadczenie z zebraniem 20. prezydentów w Warszawie na spotkanie z prezydentem Barackiem Obamą dowodzi, po pierwsze, że możemy i umiemy coś zrobić, a po drugie i ważniejsze – że Warszawa się liczy i z Warszawą się liczą.

W trakcie polskiej Prezydencji nadarzą się jeszcze dwie poważne okazje, by zwrócić uwagę Europy na wschód, a nie tylko południe. Pierwsza, to oczywiście szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie pod koniec września, a druga, chyba wcale nie mniej ważna, to planowane na listopad w Poznaniu Forum Społeczeństwa Obywatelskiego. Albowiem to właśnie budowa społeczeństw obywatelskich na Wschodzie powinna należeć do naszych, przynajmniej środkowoeuropejskich, priorytetów. Prezydencja węgierska nie spełniła pod tym względem oczekiwań; nie dała sześciu partnerom na wschodzie nowej nadziei. Co więcej, jej przebieg stanowi ważne przesłanie dla Warszawy: jeśli zajmiemy się własną historią i „polityką historyczną”, jeśli pogrążmy się w wewnętrznych bojach w trakcie kampanii wyborczej, to zapomnijmy o skutecznym przeprowadzeniu naszych pomysłów dotyczących Wschodu. Media, a za nimi politycy, chętniej zajmą się naszą polityką wewnętrzną, a nie naszymi postulatami.

Dla Partnerstwa Wschodniego wskazana byłaby synergia co najmniej kilku sił ten projekt wspierających. Oczywiście, możemy tu liczyć na „współrodzica” projektu, czyli Szwecję i być może, o ile okoliczności zewnętrzne na to pozwolą, na Danię, ostatnio wnikliwie rozpatrującą zapisy Schengen.

Naturalną platformą wspierania tego projektu powinna być Grupa Wyszehradzka, ale ta, mimo 20 lat swego istnienia (kto słyszał o tych obchodach?) może być targana sprzecznościami węgiersko-słowackimi z racji zapowiadanego przez premiera Viktora Orbána nadania węgierskim mniejszościom w państwach ościennych czynnych praw wyborczych, co się u sąsiadów nie podoba. Węgry zajęte są teraz sobą i przyjmowaniem w drugiej połowie 2011 r., a więc dokładnie w trackie polskiej prezydencji, ponad 20 ustaw okołokonstytucyjnych, by z dniem 1 stycznia 2012 r. weszła w życie sztandarowa inicjatywa Victora Orbána, czyli nowa Konstytucja. Węgry pozostaną trudnym partnerem, bo skoncentrowanym na sobie, mimo tego że cały czas deklarującym sojusz z Warszawą. Nie wiadomo, czy sprzyjający Partnerstwu Czesi, bo to przecież w Pradze ten projekt faktycznie się narodził, wystarczą Warszawie do przeprowadzenia tej misji.

Jeśli oni zechcą chcieć

Kto wie, czy najtrudniejsze wyzwania – jakby tego, co powyżej jeszcze było mało! – nie tkwią jednak na Wschodzie, wśród państw partnerskich. Jedno należałoby powiedzieć wyraźnie: chociaż mówimy o „polityce wschodnioeuropejskiej”, musimy zdecydowanie dywersyfikować podejście do tych sześciu partnerów. Czym innym są państwa kaukaskie, czym innym pogrążona w wewnętrznym kryzysie Mołdawia, czym innym coraz bardziej eurosceptyczna, jak świadczą sondaże, Ukraina, a czym innym trzymana żelazna dyktatorską ręką Białoruś. Do każdego z tych partnerów trzeba zastosować inne narzędzia i proponować nieco odmienne sposoby działania, co wymaga sporej zręczności i kunsztu dyplomatycznego. Wystarczy go nam?

Skupię się tutaj tylko na dwóch partnerach dla Polskich najważniejszych – Ukrainie i Białorusi. Co do pierwszej, to mamy już jasność, że swoją szansę europejską, jak wyłoniła się po ”pomarańczowej rewolucji” zaprzepaściła. Zarówno tamtejsze aktualnie rządzące elity, jak też nie mała część społeczeństwa, postrzegają swoją szansę bardziej w Rosji, niż w UE, co do której są rozczarowani. No bo ani jasnej perspektyw członkostwa, ani nawet – tak priorytetowo traktowanej przez Kijów – perspektywy zniesienia wiz nie ma. Co więcej, nie ma też konkretnych pieniędzy, tymczasem premier W. Putin przynajmniej finansowe kokosy obiecuje. Wielu na Ukrainie w te rosyjskie obietnice wierzy, bo tam one są, a ze strony Europy zamiast obietnic częściej słychać przygany.

Białoruś – tu Aleksander Łukaszenka, jak się wydaje, nie tylko nie ma żadnego zamiaru ustąpić, ale daje nawet sygnały o możliwości budowy dyktatury dynastycznej. Co z tego będzie, oczywiście nie wiemy, ale jedno jest na dziś jednoznaczne i pewne: to partner, którego Europa nie chce, w oficjalnych stosunkach z Mińskiem powstał impas. Co zrobi Warszawa, żeby przekonać europejskie stolice, że Łukaszenka to nie cała Białoruś i tamtejsze społeczeństwo?

Musimy pamiętać – i z tego wychodzić – że społeczny nacisk na reformatorskie i zgodne z europejskimi oczekiwaniami zmiany na Ukrainie jest słaby, a na Białorusi został raz jeszcze po ostatnich wyborach przemocą zduszony. Samo wołanie o demokrację, jak też już wiemy, także nie wystarczy. Albowiem jeśli oni nie „zechcą chcieć”, to nawet największe apele i poświęcenia ze strony Warszawy nie wystarczą, by zmusić europejskich partnerów do zaangażowaniu się na Wschodzie. Innymi słowy, nie osiągniemy sukcesu i nie przeforsujemy dalszego rozwoju Partnerstwa Wschodniego bez należytej pracy również na Wschodzie, a nie tylko wewnątrz UE. Najlepiej byłoby to uczynić w większym gronie, ale głosy na ten temat z wewnątrz Grupy Wyszehradzkiej są wręcz znikome, więc Warszawa musi chyba poszukać szerszego i nieco innego sojuszu ad hoc w tej sprawie, a przy okazji rozsądzić programowy dylemat: czy stawiamy na liberalizację, czy maksymalistycznie na demokratyzację istniejących reżimów?

Pamiętajmy, że możliwości oddziaływania na władze na Wschodzie, jak już dobrze wiemy, mamy mocno ograniczone. Dlatego, jak się wydaje, trzeba wykonać tym większą pracę nad tamtejszymi społeczeństwami, a przede wszystkim organizacjami budującymi społeczeństwo obywatelskie. Jeśli nasi partnerzy na Wschodzie będą aktywnie uczestniczyć w imprezach organizowanych podczas polskiej prezydencji i zwrócą na siebie pozytywną uwagę innych uczestników, to bardzo dobrze. Warto im w tym pomóc. Przykład konferencji donorów na rzecz Białorusi z początków lutego br. jest godny odnotowania. Kto jeszcze nam pod tym względem pomoże? Spore doświadczenie mają Czesi, jeszcze większe Niemcy czy państwa skandynawskie, o ile chciałyby się w ten proces zaangażować. Czy zechcą? Myślę, że podpowiedzi ze strony Warszawy są w tej dziedzinie więcej niż wskazane.

Co robić?

Ten proces może być tylko stopniowy. Przystosowanie partnerów na Wschodzie do europejskich standardów, to już wiemy, nie będzie ani łatwe, ani krótkotrwałe. Tamtejsze społeczeństwa są oporne, mentalnościowo od europejskiego systemu wartości odległe, za to elity albo skorumpowane, albo kierujące się zgoła niedemokratycznymi odruchami. Tym samym, tzw. opór materii jest duży. Również Moskwa, dla całego przedsięwzięcia nieobojętna, jest w tych przedsięwzięciach ważna. Szczęśliwie, jej stosunki z Warszawą ostatnio się poprawiły i ociepliły. To element ważny i pozytywny.

W efekcie zapisów Traktatu z Lizbony rola prezydencji w UE zmalała. Jak widać chociażby z węgierskiego doświadczenia, bardziej będziemy gospodarzami w sensie logistyczno-administracyjnym, niż prawdziwymi inicjatorami projektów i zmian. Gospodarzami będą bardziej Herman van Rompuy i Catherine Ashton, aniżeli Bronisław Komorowski, Donald Tusk i Radosław Sikorski. Dlatego Warszawa powinna być skromna w obietnicach, a skuteczna w działaniach. Nie należy u progu prezydencji obiecywać partnerom na Wschodzie ani perspektywy członkostwa, ani umów stowarzyszeniowych z UE, ani strefy wolnego handlu, ani nawet harmonogramu znoszenia wiz, nie mówiąc już o nowych środkach finansowych, bo to naprawdę nie (tylko) od Warszawy zależy. Natomiast jeśli w wyniku naszej prezydencji posunęlibyśmy się naprzód w realizacji któregokolwiek z tych celów, to byłoby więcej niż dobrze. A przy okazji nie sprawdziłyby się, nierzadko ostatnio stawiane, prognozy sceptyków, już odkładających Partnerstwo Wschodnie do politycznego lamusa.

Jedno wydaje się pewne – i niech to stanowi końcowe memento: bez prawdziwych sojuszy, bez politycznego wsparcia i koalicji na rzecz Partnerstwa Wschodniego – i to raczej szerszej niż tylko w wykonaniu borykającej się z wewnętrznymi trudnościami Grupy Wyszehradzkiej – programu tego nie uratujemy, a tym samym zatopimy projekt, dotychczas traktowany przez polską dyplomację jako jej okręt flagowy. Podkreślmy raz jeszcze, że chodzi tu też o pierwszy prawdziwie polski projekt unijny. Unii, jak dotychczas, brakowało w stosunkach ze Wschodem jednolitej strategii, konsekwencji i charakteru, toteż Warszawie nie może tych cech zabraknąć. Stawka jest niezwykle wysoka, a fale rozhuśtane. Pora uruchomić wyobraźnię i walczyć z przeciwnościami, których nazbierało się co niemiara. Ciekawe, jak z tego egzaminu wyjdziemy.

prof. Bohdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego, b. ambasador, publicysta, redaktor naczelny rocznika naukowego „Azja-Pacyfik”.

Prometeizm – dziedzictwo polskiej szkoły politologicznej

Kazimierz Wóycicki

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz" nr 1, październik 2011, ss. 73-77]

Jest co najmniej kilka istotnych powodów, aby ideę prometeizmu, w odniesieniu do idei politycznych II RP, uznać za kwestię, którą zajmować się winni jedynie badacze przeszłości. Termin dla wielu brzmi antykwarycznie i kojarzy się z jakimiś romantycznymi pomysłami obozu piłsudczykowskiego. Czy przy takiej konkluzji należy ostatecznie pozostać?

Idea przegrana

Jeśli w okresie PRL-u wspominano w jakikolwiek sposób o „idei prometejskiej” to tylko po to by ją ośmieszać, ukazując jak bardzo pozbawione były  rozsądku elity  II RP, snując jakże nieprzyjazne plany wobec Rosji sowieckiej, z którą komunistyczne władze Warszawy chciały wiązać polską rację stanu. Trzeba też od razu dodać, że wynik II wojny i dostanie się w sferę dominacji sowieckiej zdawało się istotnie czynić „ideę prometeizmu” kompletną mrzonką. Myśleć o niezależnej Ukrainie i Białorusi w czasie, gdy samemu pozbawionym się było samodzielnego bytu państwowego, mogło wydawać się czystą fantazją.

Władze  PRL  starały się przekonać społeczeństwo, że polityka zagraniczna II RP nie potrafiła uporać się z dylematem położenia między Niemcami i Rosją. Wykpiwano  koncepcje, wedle których rozwiązaniem tego dylematu miałaby być „Polska mocarstwowa”, czy też „Polska od morza do morza”. Wobec słabości położenia geopolitycznego po 1945 roku takie idee wydawały się pozbawione szczypty rozsądku. Idea prometeizmu mieszała się w wielu głowach z takimi właśnie ośmieszanymi wyobrażeniami.

W oczach polskich komunistów rozwiązaniem dylematu położenia między Niemcami a Rosją miała być trwała „przyjaźń ze Związkiem Radzieckim”. Nawet jeśli wielu nie zgadzało się z takim rozwiązaniem i nie wierzyło w przyjaźń, to argument, że „już lepiej z Rosją niż z Niemcami” działał po wojnie na wielu, choć ze słabnącą z czasem siłą. Ziemie wschodnie były na zawsze utracone, ziemie zachodnie należało zaś za wszelką cenę utrzymać, co miała gwarantować jedynie orientacja na Moskwę. Musiały minąć całe dziesięciolecia zanim konfiguracja ta mogła się zmienić, a wraz z tym przekonanie, że Moskwa jest potrzebna Warszawie dla podtrzymania integralności państwa w nowych granicach. W międzyczasie nie było miejsca na powrót do myślenia o idei prometejskiej, nawet jeśli ktoś chciał ją traktować z nostalgiczną sympatią.

Na to ośmieszanie i dyskredytowanie „prometeizmu” odpowiadać można było jedynie, że przegrał on nie dlatego, że był pozbawiony rozsądku, ale dlatego że sytuacja geopolityczna kraju była aż tak trudna. Prometeizm bynajmniej nie wyrastał z mało realistycznych wyobrażeń i nie brał się z lektury „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”. Był świadomy wielkich zagrożeń, jakie płynęły z Rosji i chodziło w nim o obronę przed nimi, co jak się okazało, nie mogło być skuteczne.

Idea zwycięska

Rok 1989 i epoka po nim następująca zasadniczo zmieniły położenie polityczne Polski. Cel, jaki wyznaczył sobie prometeizm, stworzenie „państw buforowych” między Warszawą a Moskwą zrealizowała Historia. Prometeizm okazał się nagle ideą zwycięską.

W pięknej książce poświęconej Henrykowi Józewskiemu Timothy Snyder pisze o pośmiertnym zwycięstwie „prometeizmu”. Amerykański historyk stwierdza, że idee polityczne,  jakimi kieruje się dana społeczność, powinny być traktowane z konsekwencją, i to daje ostatecznie skuteczność.[1]

W świetle tego „zwycięstwa” można też doszukiwać się kontynuacji idei prometeizmu w najtrudniejszym dla niej czasie. „Prometeizm” przeformułowało środowisko „Kultury” paryskiej. Doktryna ULB Giedroycia-Mieroszewskiego i postulat, że Polska musi uznać nowe granice wschodnie, aby w przyszłości móc uregulować swoje stosunki z Ukrainą, Białorusią i Litwą, był w istocie podjęciem tej samej, fundamentalnej, geopolitycznej kwestii, jaka zajmowała twórców „idei prometejskiej”. Nowe warunki polityczne zmusiły do tego, aby podobną myśl wyrazić w nowy sposób.

Należy też podać, że nie tylko paryska „Kultura” ale i inni uczeni i politolodzy, którzy ocaleli z zawieruchy wojennej i działali na emigracji, należeli do tych, którzy w najwyrazistszy często sposób ostrzegali przed zagrożeniem sowieckim w okresie zimnej wojny. I wielu z nich związanych było z „prometeizmem”.

Idee polityczne zmieniają się w czasie i doznają znaczących mutacji. Nie mogą być traktowane jako niezmienne, monolityczne twory. Inną mutacją idei prometejskiej była też myśl w dużej części opozycji demokratycznej i ruchu „Solidarności” lat  1976-1989.  Nie wszyscy byli lub chcieli być tego świadomi, choć w niektórych wypadkach, jakim było środowisko „Obozu” nawiązanie takie było zupełnie otwarte. Idea współdziałania z dysydentami i ruchami dysydenckimi w całym bloku wschodnim była z ducha prometejska. Współdziałanie z innymi w bloku wschodnim było nie tylko „romantycznym gestem” (zwróćmy na marginesie uwagę, że była to epoka, w której romantyczno-powstańcze gesty krytykowano, jako wyjątkowo nie skuteczne a nawet tragiczne w skutkach), ale też bardzo pragmatyczną polityką. Stało za tym przekonanie, że Polska nie jest w stanie wyrwać się sama z bloku sowieckiego. Kto nie wierzył w przemiany samego systemu, (co było stawką dla wielu) musiał stawiać na współpracę ruchów opozycyjnych i dysydenckich. W tym momencie stosunek do Ukraińców, Litwinów i Białorusinów  stawał się istotną kwestią. Czymś nowym było to, że również rosyjscy dysydenci stawali w jednym szeregu z polską opozycją.

Paradoksalnie jednak zwycięstwo „prometeizmu” może go dzisiaj bardziej niż cokolwiek innego dezaktualizować. Jeśli istotą „prometeizmu” była pomoc w uzyskaniu niepodległego bytu państwowego przez najbliższych wschodnich sąsiadów Polski, to lata 1989-93 taki właśnie scenariusz zrealizowały. Ukraina, Białoruś i Litwa to niezależne państwa, a Litwa to sąsiad Polski w Unii Europejskiej. Najpoważniejszym bowiem argumentem przeciw aktualności jakiejś idei może być to, że została ona spełniona.

Inspirująca tradycja

Dla wielu okres 1939-89 może być traktowany jako „lodówka”, gdzie ukryte były dawniejsze idee, które teraz trzeba z niej wyciągnąć i używać. Mogą się wydawać tym bardziej atrakcyjne, że były  długo zabronione, w pewien sposób zapomniane.

Wyciąganie z „lodówek” dawnych idei jest zabiegiem związanym jednak z wieloma niebezpieczeństwami. Idea przeniesiona z jednej epoki w drugą może utracić sens lub stać się nader mylącą podpowiedzią, jak należy działać. Łatwo wyobrazić sobie taki uproszczony użytek z „idei prometejskiej”.

Ten jednak, kto będzie, na podstawie powyższych argumentów, twierdził, że „idea prometejska” jest nieaktualna, winien zdobyć się jeszcze na chwilę refleksji, zanim uzna swój wniosek za ostateczny.

Prometeizm można uznawać za aktualny, jeśli uznaje się, że któryś z poniższych warunków ma miejsce:

  • Rosja wrócić może rychło na Ukrainę i Białoruś, a tym samym dotychczasowe osiągnięcia mogą zostać unicestwione. Nie jest to argument, który bez poważnej dyskusji można by odrzucić. Jeśli go jednak potraktować poważnie, to ideę prometejską należałoby zaszczepiać przede wszystkim w Brukseli, trudno bowiem wyobrazić sobie by sama Polska zdołała powstrzymać gospodarczo-polityczną ofensywę Moskwy na kraje sąsiadujące, gdyby okazało, że ofensywa ta jest istotnie skuteczna.
  • Partnerstwo Wschodnie to nic innego jak nowe wydanie prometeizmu.

W moim przekonaniu zbyt prostolinijne nawiązania do prometeizmu, w takiej czy innej wersji,  wydają się nieco naiwne i niepotrzebne. Sytuacja geopolityczna Polski, jak i epoka, zmieniły się tak dalece, że „prometeizm” nie nadaje się chyba na termin nazywający współcześnie prowadzoną politykę.[2] W innym jednak kontekście jego dzieje, kontynuacje i interpretacje mogą okazywać się niezwykle ciekawe i inspirujące i wcale nie pozbawione aktualnego znaczenia.

Należy zwrócić uwagę, że idea prometejska zrodziła się w szeroko rozumianym kręgu  Instytutu Wschodniego w Warszawie. Były to początki polskiej politologii, przy czym należy podkreślić, że owa polska politologia powstawała równolegle do politologii światowej, we współczesnym rozumieniu. Są to lata dwudzieste XX wieku. Ta rodząca się polska myśl politologiczna jest od samego początku zdumiewająco nowoczesna i trafnie rozpoznająca główne problemy i zagrożenia. Instytut Wschodni Warszawie i Wilnie, Instytut Badania Komunizmu, Instytut Józefa Piłsudskiego, Ukraiński Instytut Naukowy, czasopismo „Wschód-Orient”, a także wybitne postacie ówczesnej polskiej sowietologii – Jan Kucharzewski, Stanisław Swianiewicz, Wiktor Sukiennicki, Władysław Wielhorski, Ryszard Wraga (Jerzy Niezbrzycki), Marian Kamil Dziewanowski, Włodzimierz Bączkowski – to szerokie i pasjonujące środowisko intelektualne, o którym nie sposób zapominać.[3]

Należy podkreślić jak nowatorskie i otwarte było ono w swoim myśleniu. Stawka na niezależność Ukrainy była jednoznaczna z wyrzeczeniem się marzeń o Polsce w jakiś dawnych, „sienkiewiczowskich” granicach. Było to trafne rozpoznanie nowej sytuacji historycznej. Studia brały pod uwagę dane gospodarcze i demograficzne, nie odwołując się jedynie do analiz kulturowych. Widoczna jest dążność do wzmocnienia ukraińskiego ruchu narodowego, a nie do jego spolonizowania czy zmarginalizowania – procesów, które wciąż trwają.

Polityka zagraniczna III RP w niemal spontaniczny sposób nawiązała do idei, która była związana z myśleniem prometejskim. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, z tego, w jak bardzo nowej konfiguracji geopolitycznej to następowało. Pojednanie z Niemcami i dążenie do członkostwa w Unii Europejskiej było rozwiązaniem dylematu położenia pomiędzy Niemcami a Rosją. Obszar Europy Środkowej staje się regionem o geopolitycznym znaczeniu, jakiego nie mógł posiadać po I wojnie.  Jeśli myślenia prometejskiego nie sprowadzać jedynie do tezy o istnieniu państw buforowych między Polską a Rosją, a również do stworzenia trwałego układu geopolitycznego, myślenie prometejskie zachowuje pewną aktualność.

Próby „ucywilizowania” Moskwy czynione przez Zachód nacechowane były najczęściej ignorancją, bądź też zwyczajnym cynizmem. Ignorancja polegała na nie dostrzeganiu zagrożeń, cynizm zaś na godzeniu się z Rosją taką jaką była (imperialną i agresywną) byle tylko załatwić własne interesy, często kosztem społeczeństw Europy Środkowej. Przypominanie dzisiaj w Europie, że w Polsce, i to od długiego czasu, w chłodny i racjonalny sposób myślano o Rosji i Europie Wschodniej jest jak najbardziej na czasie.

Jeśli polski „prometeizm” wykazał się niegdyś niebywałą konsekwencją, jak chce Timothy Snyder, co ostatecznie pozwala widzieć w Henryku Józewskim nie tragicznie przegranego lecz zwycięzcę, to takiej szlachetnej konsekwencji w polskiej polityce i myśleniu nie powinno zabraknąć dzisiaj. Chłodna analiza pod jakimi warunkami, Rosja mogłaby stać się elementem układu geopolitycznego, zapewniającego Polsce bezpieczeństwo, winno być istotnym składnikiem polskiej myśli politycznej niezależnie od tego, jak wiele idealizmu dzisiaj to wymaga. Polityka europejska potrzebuje ośrodków myśli,  które nie wykazywałyby  częstej na Zachodzie naiwności wobec Rosji, a zarazem odrzuciłyby by tezę o „wiecznej (niezmiennej) Rosji”.

Czerpanie z głębszych pokładów myśli Instytutu Wschodniego i odczytywanie na nowo „idei prometejskiej” może być, w tym sensie, w najwyższym stopniu inspirujące i zrozumiałe jest, że „prometeizm” znów budzi zainteresowanie.[4] Sięganie do własnych tradycji po to, by je wciąż na nowo interpretować jest koniecznym wysiłkiem by twórczo myśleć nie tylko o przeszłości ale także o teraźniejszości i przyszłości.

Dr Kazimierz Wóycicki – politolog, historyk, dziennikarz. Działacz opozycji demokratycznej (1967-1989), praca w miesięczniku „Więź” (1973-1989) dyrektor Instytutu Polskiego w Dusseldorfie (1996-99) oraz w Lipsku (2000-03), dyrektorem szczecińskiego IPN (2004-2007). Obecnie wykładowca Studium Europy Wschodniej UW (kazwoy.wordpress.com)

[1]  Timothy Snyder, Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę, Kraków 2008.

[2] Należy też zwrócić uwagę, że z pewnością istnieje pewien typ dyskusji o polityce wschodniej i stosunku do naszych wschodnich sąsiadów, pozostający w głębokiej sprzeczności z ideą prometejską, mimo że być może przez niektórych będzie z nią kojarzony. Należy do niej dyskurs kresów w wielu swoich wersjach (choć nie wszystkich) – nostalgiczny i pozbawiony pogłębionej refleksji historycznej stosunek do byłych ziem Rzeczpospolitej. Podobnie niedookreślona i ogólnikowa dyskusja o „idei jagiellońskiej” (zarówno w wersji odrzucającej tą ideę jak i jej afirmacji) znajduje się na antypodach intelektualnego wysiłku i możliwych kontynuacji politycznego „prometeizmu”.

[3]  Marek Kornat, Polska Szkoła Sowietologiczna 1930-1939, Kraków 2003.

[4] Międzynarodowa konferencja naukowa „Ruch prometejski – fenomen europejski” – Warszawa, 16–17 lutego 2011. Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i Instytut Historii Polskiej Akademii