Kolonializm inaczej. O przydatności metodologii postkolonialnej do badań nad Europą postkomunistyczną

Mykoła Riabczuk

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w: 
"Nowy Prometeusz" nr 6, październik 2014, ss. 59-71]

Dwanaście lat, które minęło od ukazania się głośnego artykułu Davida Chioni Moore’a o możliwości użycia metodologii postkolonialnej w badaniu postkomunizmu,1 przyniosło wiele publikacji rozwijających ten temat, a mimo to nie zdołało rozwiać istniejącej wokół niego aury marginalności i kontrowersyjności. Ani czołowi przedstawiciele studiów postkolonialnych nie włączają na razie świata postkomunistycznego do sfery swoich zainteresowań, ani najważniejsi badacze postkomunizmu nie spieszą się z wprowadzaniem metodologii postkolonialnej do zestawu swoich narzędzi. Jeśli zaś chodzi o tych autorów, którzy mimo wszystko próbują budować mosty między tymi dwiema dziedzinami, czy, jak powiedziałby Moore, sprawdzają, na ile prefiks „post” w słowie „postkomunizm” jest tym samym co w słowie „postkolonializm” – to niemal każdą pracę przychodzi im rozpoczynać od swego rodzaju apologii wybranego przez nich podejścia. Wszystko to świadczy o chwiejności, niepewności, nieustabilizowaniu wskazanej tu dyscypliny naukowej.

David Moore nazwał wzajemne niedostrzeganie się przez badaczy postkomunizmu i postkolonializmu „podwójnym milczeniem” (double silence, co można przetłumaczyć także jako „obopólne przemilczenie”) i próbował doszukać się jego obiektywnych przyczyn. Z jednej strony, jak stwierdzał, uprzedzenia badaczy postkolonializmu wobec obiektów świata postkomunistycznego wynikają z ich historycznego przywiązania do trójdzielnego modelu świata, podzielonego, odpowiednio, na „pierwszy”, „drugi” i „trzeci”, a także z lewicowych na ogół przekonań, które nie pozwalają stawiać wyidealizowanego komunistycznego świata w jednym rzędzie z odrażającym zachodnim imperializmem.

Z drugiej strony uprzedzenia badaczy postkomunizmu wobec studiów postkolonialnych także mają swoje obiektywne przyczyny. Po pierwsze, jak stwierdza Moore, zawsze istniała dla nich wyraźna, dyskursywna, wynikająca z różnic rasowych i religijnych granica między radzieckim „Zachodem” i „Wschodem”, która czyniła narody radzieckiego „Zachodu” jeszcze bardziej odmiennymi od narodów Azji czy Afryki. A po drugie, same narody wschodnioeuropejskie starały się jak najsilniej dystansować od (post)radzieckiej Rosji, uważając za swój cel strategiczny „powrót do Europy”, do której wszak zawsze należały. Radziecka dominacja była więc najczęściej przedstawiana w kategoriach okupacji, a nie kolonizacji. Narody wschodnioeuropejskie niebezpodstawnie obawiały się, że akcentowanie ich kolonialnego statusu w radzieckim imperium może umniejszyć w oczach Zachodu ich europejską tożsamość i utrudnić integrację euroatlantycką.

Do czynników, według Moore’a powodujących „obopólne przemilczanie”, można dodać kilka innych. Wśród badaczy postkolonialnych, którzy często są migrantami z trzeciego świata, wyraźnie widać chęć monopolizowania cierpień związanych z uciskiem kolonialnym. U podstaw tej – często nieuświadomionej – chęci leży obawa, by szczególnie bolesny problem dyskryminacji rasowej i rasistowskiego kolonializmu nie został umniejszony w wyniku zestawienia z innymi, nierasistowskimi formami ucisku i dominacji. (Podobny mechanizm można zresztą zauważyć również wśród badaczy Holocaustu, którzy często z ogromną rezerwą podchodzą do podejmowanych przez niektórych autorów prób porównania tego zjawiska z innymi aktami ludobójstwa lub rozpatrywania go w szerszym kontekście nazistowskich „skrwawionych ziem” i eksterminacji wschodnioeuropejskich Untermensch’ów)2.

Wśród badaczy postkomunizmu przeważają tymczasem zwolennicy paradygmatu tranzytologicznego, który rozpatruje przemiany w „drugim” świecie przede wszystkim jako proces demokratyzacji, budowania instytucji państwowych i przyspieszonej modernizacji. Jeśli zaś chodzi o aspekty kulturowe i antropologiczne, które leżą u podstaw postkolonialnego teoretyzowania, to politolodzy zazwyczaj nie przywiązują do nich wielkiej wagi. Chyba tylko teoria zależności od ścieżki (path dependence) otwiera pewne możliwości postkolonialnego traktowania postkomunizmu jako zjawiska nie tylko politycznego, gospodarczego i instytucjonalnego, ale również kulturowego i dyskursywnego3.

Niewykluczone poza tym, że nieufność badaczy postkomunizmu wobec metodologii postkolonialnej wynika z nadużywania terminów „imperium” i „kolonializm” w masowej publicystyce i propagandzie politycznej, gdzie mają one zabarwienie jednoznacznie pejoratywne. Właśnie w tej roli – jako uosobienie absolutnego zła – często są one wykorzystywane w celu oskarżenia dawnej metropolii o wszelkie możliwe grzechy oraz do zdejmowania z jej ofiar wszelkiej odpowiedzialności za ich obecny stan. Autorytet studiów postkolonialnych osłabia również wykorzystywanie antykolonialnej, antyimperialistycznej terminologii przez różne ruchy antymodernizacyjne, antyglobalistyczne i neokonserwatywne, zwłaszcza w Europie Wschodniej, gdzie usiłują one przedstawić Zachód jako nowego „pana” („waszyngtoński komitet obwodowy”), który jakoby tylko zastąpił starego, moskiewskiego gospodarza.

Wszystkie te czynniki rzeczywiście są dostatecznie istotne, by je uwzględniać, ale nie aż tak, by mogły zdyskredytować i uniemożliwić wykorzystanie metodologii postkolonialnej w badaniach nad postkomunizmem. Niezależnie od rozmaitych różnic między „drugim” i „trzecim” światem, to właśnie podobieństwa między nimi zachęcają do stosowania pewnych koncepcji teoretycznych i instumentów krytycznych ze studiów postkolonialnych w analizie pewnych procesów i zjawisk świata postkomunistycznego. W szczególności, jak piszą Dorota Kołodziejczyk i Cristina Sandru, dotyczy to również obecnych w świecie postkomunistycznym „struktur włączenia/wykluczenia (model centrum/peryferiów, liminalności i istnienia „pomiędzy”), formacji nacjonalizmu, struktur wyróżniania Innego i przedstawiania różnic, form i sposobów historycznej realizacji walki antykolonialnej/antyimperialnej, doświadczeń traumatycznych (włącznie z kwestią pamięci/amnezji zbiorowej i przepisywania historii), oporu jako zespołu praktyk kulturowych, koncepcji – takich jak alternatywność, ambiwalencja, autokolonizacja, geografia kulturowa, dyslokacja, mniejszości i kultury podporządkowane, neokolonializm, orientalizacja, transnacjonalizm”.4

Porównywanie istotnie nie oznacza zrównywania; w żadnym razie nie chodzi o ignorowanie różnic między postkomunizmem a postkolonializmem, a jedynie o bardziej systematyczne i konsekwentne wyjaśnianie pewnych podobieństw. Kołodziejczyk i Sandru przypominają w szczególności, że zarówno w „drugim”, jak i w „trzecim” świecie przymusowa modernizacja miała cechy wspólne: zarówno „marksizm stosowany”, czyli komunizm, jak i kapitalizm przemysłowy, realizowały podobną politykę szybkiej industrializacji i urbanizacji, rozwoju infrastruktury, walki z zabobonami religijnymi, trybalizmem i tradycyjnym sposobem życia (nazywanym przez kolonizatorów „barbarzyńskim”, a przez komunistów – „burżuazyjnym”) [Kolodziejczyk & Sandru, 115].

David Moore przytacza jeszcze dokładniejszy spis podobieństw między rosyjsko-radziecką kolonizacją sąsiednich terenów a zachodnią kolonizacją terytoriów zamorskich, którą właśnie uważa się za „klasyczną”:

„Suwerenne rządy lokalne są zastępowane marionetkowymi albo bezpośrednią kontrolą metropolii. Afrykańskie szkolnictwo uprzywilejowuje język kolonizatorów, lokalna historia jest przepisywana z perspektywy imperium. Autochtoniczne tradycje religijne są tępione, idole niszczeni, a w ich miejsce wprowadzane są alternatywne ideologie religijne i niereligijne. Kolonizowane tereny Afryki poddawane są wyzyskowi gospodarczemu. Niezależny handel kolonii między sobą nawzajem albo z partnerami zewnętrznymi jest ściśle reglamentowany lub całkowicie zabroniony. Gospodarka działa w systemie nakazowym i dostosowuje się do potrzeb metropolii, a nie potrzeb lokalnych. Miejscowa waluta, jeśli nawet istnieje, to jest konwertowalna wyłącznie na walutę metropolii. Rolnictwo staje się monokulturowe, środowisko ulega degradacji. W sferze praw człowieka – głosy dysydentów słychać wyłącznie na emigracji, chociaż znaleźć się tam jest bardzo trudno. Opozycyjna energia jest więc kierowana w różne formy mimikry, satyry, parodii, dowcipów. Jednak najbardziej ogólna charakterystyka stanu społeczeństwa to stagnacja kulturowa” [Moore, 114].

Swoją drogą, tę ostatnią cechę już dwadzieścia lat temu dostrzegł bystrym okiem Marko Pawłyszyn, omawiając kontekst postkolonialny i – odpowiednio – kolonialne dziedzictwo właśnie na Ukrainie: „Przejawy kultury (dzieła sztuki, instytucje kulturalne, procesy społecznego życia kulturalnego) można uznać za kolonialne, jeśli sprzyjają umacnianiu lub rozwojowi władzy imperialnej: odbierają prestiż, zawężają pole działania, zmniejszają rozpoznawalność albo wręcz niszczą to, co jest lokalne, autochtoniczne, słowem – kolonialne, podkreślając natomiast godność, światowy zasięg, nowoczesność, niezbędność
i naturalność tego, co stołeczne, centralne”.5

Niewątpliwie zarówno świat kolonialny, jak i komunistyczny, był dość różnorodny, dlatego na pewno nie wszystkie wymienione przez Moore’a cechy kolonialne dotyczą w jednakowej mierze wszystkich krajów. Związek Radziecki był naprawdę bardzo specyficznym imperium i ci, którzy uważają radziecki eksperyment za przedsięwzięcie neokolonialne, „niebezpodstawnie wskazują na dążenie komunistów do wyzwolenia mas pracujących, zniesienie wielu przywilejów dla etnicznych Rosjan na południu i wschodzie byłego imperium, wspieranie licznych języków związkowych, budowę fabryk, szpitali, szkół, uwolnienie kobiet z haremów i parandży, wsparcie walki z kolonializmem w trzecim świecie, a także fakt, że wielu nie-Rosjan w radzieckiej sferze wpływów popierało reżim bolszewicki” [Moore, 123].

Ale również ci, którzy uważają radziecki reżim za jedynie inną odmianę kolonizacji, niebezpodstawnie wskazują na „masowe deportacje całych narodów, wyniszczające dla nich osiedlenie kazachskich koczowników, przymusowe wprowadzanie monokultury w Azji Środkowej i katastrofę ekologiczną Morza Aralskiego, przejęcie przez Związek Radziecki niepodległych państw bałtyckich w 1940 roku, niezmienną zasadę, że druga z najważniejszych osób na czele każdej republiki radzieckiej musi być etnicznym Rosjaninem, radzieckie czołgi w Budapeszcie w 1956 roku i w Pradze w 1968 roku” [Moore, 124].

Jest jeszcze wiele innych argumentów na rzecz każdego z tych punktów widzenia, jednak Moore uważa, że najważniejsze jest tu subiektywne postrzeganie zniewolonych narodów: „Z uzbeckiego, węgierskiego czy litewskiego punktu widzenia była to sytuacja bezsprzecznie kolonialna. Większość klasycznych przejawów – brak suwerennej władzy, ograniczenie możliwości wyjazdu, okupacja wojskowa, brak konwertowalnej waluty, podporządkowanie gospodarki narodowej zewnętrznemu hegemonowi, przymus nauki języka kolonizatorów – pokazuje, że narody Europy Środkowej rzeczywiście pozostawały pod rosyjsko-radziecką kontrolą mniej więcej od 1948 do 1989-1991 roku” [Moore, 121].

Rzecz jasna, wszystko to w jeszcze większym stopniu odnieść można do zniewolonych narodów wewnętrznego radzieckiego imperium, które pozostawały pod jeszcze ściślejszą kontrolą przez jeszcze dłuższy czas.6

David Moore zaznacza, że w pewnym sensie niemal wszystkie narody świata w jakimś okresie swojej historii zaznawały kolonizacji, a więc mogłyby dziś być badane z postkolonialnego punktu widzenia. Takie rozszerzenie perspektywy dewaluuje jednak samą kategorię postkolonialności i pozbawia ją siły analitycznej. W przypadku sfery postradzieckiej ta dewaluacja nie wydaje się zagrażać, bo przecież „Rosja, a później ZSRR rzeczywiście sprawowały potężną kontrolę kolonialną nad ogromnym terytorium, od pięćdziesięciu do dwustu lat, i choć przeważająca część tej kontroli dziś należy już do przeszłości, jej skutki wciąż pozostają zauważalne w literaturach i kulturach postkolonialnych-postradzieckich narodów, włącznie z samą Rosją” [Moore, 123].

Autor jest przy tym świadom „specyficzności wariantów rosyjsko-radzieckiej kontroli i jej postradzieckich ech” oraz ich wyraźnej odmienności od „standardowego, angielsko-francuskiego przypadku”. Dalszy tok jego argumentacji wygląda jednak dość dziwnie: „Niemniej, uprzywilejowując przypadek anglo-francuski jako swego rodzaju kolonialny standard i traktując rosyjsko-radzieckie doświadczenia jako odchylenie od normy, tym samym sztucznie podtrzymujemy od dawna już przestarzałą ideę centralności zachodniego, czyli anglo-francuskiego świata. Sądzę, że pora skończyć z tą tradycją” [Moore, 123].

Jest to dziwna argumentacja, bo przecież tak naprawdę uznanie unikalności doświadczenia narodów rasowo dyskryminowanych i zniewolonych w żadnej mierze nie uprzywilejowuje tych, którzy je zniewolili, zupełnie tak samo, jak uznanie unikalności Holocaustu w żadnym stopniu nie uprzywilejowuje ani nazistów, ani Zachodu jako takiego. Umieszczanie w centrum uwagi studiów postkolonialnych właśnie dyskryminacji rasowej nie ma nic wspólnego z domniemaną centralnością świata zachodniego, czyli anglo-francuskiego. Takie określenie ustanawia jedynie pewien system współrzędnych, punkt odniesienia, według którego możemy rozpatrywać inne doświadczenia kolonialne – z różnymi poziomami wyzysku, ucisku i dyskryminacji, ale bez zasadniczego i rzeczywiście centralnego dla studiów postkolonialnych doświadczenia dyskryminacji rasowej.

W tym systemie współrzędnych najbliższe klasycznemu kolonializmowi jest doświadczenie odmiennych rasowo ludów imperium rosyjskiego, a później rosyjsko-radzieckiego, w przypadku których kolonizacja albo miała przeważnie osadniczy charakter – jak na Syberii i Dalekiej Północy7, albo była klasycznym podbojem – jak w Azji Środkowej i do dziś na Kaukazie8. Najmniej zbliżone do klasycznego kolonializmu jest doświadczenie narodów Europy Wschodniej, należących do „zewnętrznego” imperium. Po pierwsze, inaczej niż narody „wewnętrznego” imperium, zachowały one jednak pewną suwerenność polityczną, gospodarczą, a zwłaszcza kulturalną. A po drugie, nigdy nie zinternalizowały one kompleksu niższości wobec kolonialnego hegemona, ponieważ przed wkroczeniem wojsk radzieckich zdążyły już wykształcić silną świadomość narodową, czyli stać się całkowicie nowoczesnymi, egalitarnymi narodami, które można okupować, ale nie rzucić na kolana – czy to przez przejęcie (lub zniszczenie) lokalnych elit, czy to przez narzucenie domniemanej wyższości kulturowej metropolitalnego centrum. Wręcz przeciwnie: przez cały okres przymusowej przynależności do „bloku radzieckiego” pielęgnowały one własną, niekiedy nawet wyolbrzymianą wyższość wobec „wschodnich barbarzyńców”, którzy legitymizowali swoje działania wyłącznie brutalną siłą i – w pewnym stopniu – kontrowersyjną wizją „wyzwolenia” Europy Wschodniej podczas drugiej wojny światowej i jeszcze bardziej kontrowersyjnymi pretensjami do roli liderów światowego ruchu rewolucyjnego.9 Państwa wschodnioeuropejskie były bez wątpienia protektoratami, ale raczej neokolonialnego, niż kolonialnego typu.

W tym kontekście Ukraina i Białoruś reprezentują wariant przejściowy między klasycznym w istocie kolonializmem w rosyjsko-radzieckiej Azji i na Kaukazie a stosunkowo łagodną neokolonialną dominacją ZSRR we Wschodniej Europie. Z jednej strony, Ukraińcy i Białorusini nie mieli nawet tej ograniczonej suwerenności, co ich zachodni sąsiedzi – szczególnie widocznej w sferze kultury (o czym trafnie pisał Marko Pawłyszyn). Ale z drugiej strony, nie zaznawali tej dyskryminacji rasowej, co narody Wschodu – otwartej w imperium rosyjskim, skrywanej – w rosyjsko-radzieckim. Na poziomie grupy ich prawa były znacząco ograniczone, ale na poziomie indywidualnym dyskryminacja praktycznie nie istniała, wszak Ukraińcy i Białorusini oficjalnie uważani byli w imperium rosyjskim za „ten sam naród”, co Rosjanie (albo „prawie ten sam” – w imperium radzieckim). Musieli jednak w tym celu przyjąć rolę „tego samego (lub „prawie tego samego”) narodu, czyli wyrzec się własnej ukraińskiej (lub białoruskiej) tożsamości jako całkowicie odmiennej, autonomicznej i samowystarczalnej. Odmowa odrzucenia własnej odrębności i pewnych grupowych (narodowych) interesów, niekoniecznie tożsamych z rosyjskimi, w obu imperiach traktowana była jako nielojalność i ścigana jako zdrada. Ukraińcy w istocie dzielili się na „swoich”, „udomowionych” („chochły”, „małorosy”) i na obcych, wrogich („bandery”, „mazepińcy”).10 Ci pierwsi byli raczej rosyjskim subetnosem, ogólnie nieszkodliwym lokalnym etnografizmem, podczas gdy ci drudzy usiłowali stać się odrębnym narodem – przez co właśnie w obu imperiach byli na wszelkie sposoby dyskryminowani oraz represjonowani.

David Moore uważa, że na Ukrainie dominuje trzeci, „dynastyczny” typ kolonizacji (obok wspomnianej wyżej kolonizacji osadniczej i podbojów). Był on powszechny przede wszystkim w epoce przednowoczesnej, kiedy tożsamość wynikała głównie z przynależności wyznaniowej i stanowej, a kategoria „narodu” dotyczyła tylko wyższych klas społecznych. Kolonizacja dynastyczna była stosunkowo lekka, jako że imperium musiało zadbać tylko o wchłonięcie miejscowych elit, podczas gdy masy prostego, przeważnie wiejskiego ludu ulegały stopniowej asymilacji w ramach ogólnoimperialnego procesu modernizacji i akulturacji.

Obydwa imperia – rosyjskie i radzieckie – były dostatecznie inkluzywne, by przyciągnąć najbardziej aktywnych i ambitnych Ukraińców i Białorusinów perspektywą awansu społecznego, neutralizując równocześnie wszelką protonacjonalistyczną herezję w dość ograniczonym środowisku elit. Ta inkluzywność w połączeniu z bliskością języka i kultury oraz brakiem naprawdę ważnych dla przednowoczesnej świadomości barier wyznaniowych znacząco ułatwiła asymilację ukraińskich elit. Z drugiej jednak strony, instytucjonalna słabość i ogólny niedorozwój cywilizacyjny imperium rosyjskiego uniemożliwiły podobną asymilację szerokich mas chłopskich – jak miało to miejsce na przykład we Francji, gdzie kolonizacja dynastyczna, czyli przemiana różnoetnicznych „chłopów we Francuzów” (używając określenia Eugene’a Webera) dość skutecznie przebiegła w XIX wieku.11 Imperium rosyjskie niemal całkowicie zrusyfikowało miasta, ale nic nie zdołało zrobić z ogromnymi, przeważnie niepiśmiennymi wiejskimi peryferiami.12

Modernizacja radziecka, mimo pewnej, ogólnie rzecz biorąc wymuszonej ambiwalencji bolszewickiej polityki językowej i kulturowej lat dwudziestych XX wieku, znacząco zmieniła sytuację.13 Likwidacja analfabetyzmu, gwałtowna urbanizacja i industrializacja oraz wprowadzenie obowiązkowej (rosyjskojęzycznej) służby wojskowej znacząco przyspieszyły procesy asymilacyjne we wszystkich republikach, a najbardziej na Ukrainie i Białorusi. Niezwykle ważna była tu eksterminacja inteligencji narodowej i likwidacja tak zwanych „kułaków” – jako potencjalnej wiejskiej „klasy średniej” oraz zamknięcie chłopów w kołchozach, czyli uczynienie z nich pozbawionych praw niewolników – bez dokumentów tożsamości (a więc i bez prawa wyjazdu z ich ubogiego getta) i nawet bez pieniędzy (ponieważ za niewolniczą pracę płacono w naturze – jeśli w ogóle płacono).

Dalekosiężnym skutkiem tej gettoizacji było pogłębienie przepaści cywilizacyjnej między przeważnie rosyjskojęzycznym miastem a ukraińskojęzyczną wsią; podświadome, a często również świadome utożsamienie świata ukraińskiego z wiejskim – biednym, niewykształconym i „pozbawionym kultury”; wyrastanie na tym tle wśród (rosyjskojęzycznych) mieszkańców miast głębokiej pogardy wobec bardziej zacofanych, słabiej rozwiniętych i niepełnowartościowych (ukraińskojęzycznych) współobywateli ze wsi oraz przenoszenie, prawem synekdochy, tego stosunku na wszystko, co ukraińskie; wreszcie, przejmowanie tego stosunku przez mieszkańców wsi i kształtowanie się na tym tle potężnego kompleksu niższości.

W istocie bolszewicy przemienili wieś w kolonię wewnętrzną14 – analogię „trzeciego” świata w odniesieniu do miejskiego „pierwszego”, źródło bezlitosnego wyzysku gospodarczego i migracji zarobkowej na brudne, niebezpieczne i nisko płatne miejskie stanowiska. Nawet przeprowadzone za Chruszczowa wyzwolenie kołchozowych chłopów, czyli wydanie im dokumentów tożsamości, nie zmieniło ogólnej sytuacji, ponieważ zachowany został system propiski [meldunku] – jako swego rodzaju erzac wiz, za pomocą których pierwszy świat reguluje dostęp mieszkańców trzeciego świata do swoich zasobów. W istocie nawet sam proces uzyskiwania propiski przypomina pod wieloma względami zdobywanie wizy z prawem do pracy: potrzebna jest albo łapówka, albo małżeństwo (prawdziwe lub fi kcyjne), albo przyjęcie na studia, albo też znalezienie się wśród „limitowanych” – w kategorii pracowników, których z jakiegoś powodu pierwszemu światowi brakuje.

Oczywiście przy całym podobieństwie między globalnym trzecim światem a radzieckim światem wewnętrznych kolonii pamiętać należy i o znaczącej różnicy – braku w radzieckim kolonializmie podstawowego elementu rasistowskiego. Komunizm jako system pod wieloma względami stanowił bezprawie i dyskryminację wobec wielu grup, w tym etnicznych, jednak na poziomie jednostek radzieccy poddani mieli bez porównania większe możliwości uniknięcia dyskryminacji, niż kolorowi mieszkańcy Afryki, których los w dużym stopniu wyznaczany był przez sam kolor ich skóry. Dla Ukraińców taką skórą był ich „czarny” – ubogi, pogardzany, upośledzony, „kołchozowy” język. Nietrudno było, przynajmniej w drugim pokoleniu, zmienić go – co tak naprawdę w praktyce zrównało urbanizację z rusyfikacją i z niemal połowy etnicznych Ukraińców zrobiło ludzi w życiu codziennym posługujących się językiem rosyjskim.

Ten proces przemiany wczorajszych kołchozowych niewolników w nieco bardziej wolnych, zamożniejszych, a przede wszystkim mających wyższy status mieszkańców miast (z językiem rosyjskim jako oznaką tego statusu) może być ogromnie ciekawym tematem badań postkolonialnych. Obejmuje on odrzucenie autentycznego języka i związanej z nimi (przez rozmaite kody kulturowe) tożsamości; codzienne doświadczenie pogardy (realnej albo wyobrażonej) ze strony społecznie i kulturowo wyżej stojących mieszkańców miasta; regularne wstydzenie się za wiejskich, słabo wykształconych i „mało kulturalnych” krewnych; głęboką i ogromnie traumatyczną dla psychiki internalizację poczucia cywilizacyjnej wyższości „białych” nad wiejskimi „czarnymi” – rosyjskojęzycznego świata nad ukraińskojęzycznym.15

Michael Hechter w pionierskiej pracy „Internal Colonialism: The Celtic Fringe in Bristish National Development” (1975) chyba jako pierwszy napisał o “białym rasizmie” jako ważnym czynniku, podtrzymującym strukturę wewnętrznej kolonii i zapewniającym asymilację uciśnionej mniejszości (jej przemianę z “czarnych” w “białych”) albo popychającym ku radykalnemu nacjonalizmowi (czyli obronie swojej “czarnej skóry”). „Anglosasi i Celtowie nie różnią się kolorem skóry – pisał, – a jednak rasizm kwitnie również tam”.16

„(1) Cechą charakterystyczną imperialnej ekspansji jest upośledzenie autochtonicznych kultur grup peryferyjnych. (2) Jednym ze skutków takiego upośledzenia jest osłabienie woli i zdolności autochtonów do stawiania oporu wobec reżimu kolonialnego. (3) Inkorporacja polityczna znacząco wpływa na postęp anglicyzacji, która realizowana jest nie tylko na mocy rządowych dekretów, ale również w drodze dobrowolnej asymilacji elit peryferyjnych” [Hechter, 24].

Alexander Motyl, omawiając podobne problemy na „wschodniosłowiańskich obrzeżach” imperium rosyjskiego, przede wszystkim na Ukrainie, używa bardziej precyzyjnego terminu „suprematyzm” na określenie pogardliwego stosunku znacznej części ludności rosyjskojęzycznej, w tym elit rządzących, do języka ukraińskiego jako rzekomo niepełnowartościowego i niedorozwiniętego, a stąd również do jego użytkowników jako do ludzi drugiej kategorii (słabo wykształcona „wieś” bądź też ideologicznie nacechowani „nacjonaliści”).17 Rosyjski suprematyzm jako pewien światopogląd i dyskurs bez wątpienia stanowią pochodną sytuacji kolonialnej, opisanej przez tego samego Motyla ponad ćwierć wieku temu:

„Używanie danego języka ma ogromne znaczenie symboliczne w spolityzowanym środowisku językowym i jednoznacznie ustawia mówiącego po jednej ze stron barykady ideologicznej… Ukraińscy dysydenci […] wyczuwali, że używanie języka ukraińskiego jest równoznaczne z byciem w opozycji wobec państwa sowieckiego… Choć żaden akt prawny w zasadzie nie zabraniał odstępstw od „normalnego” zachowania językowego, nie-Rosjanie w ogóle, a Ukraińcy w szczególności doskonale wiedzieli, że uparte posługiwanie się własnym językiem, zwłaszcza wśród Rosjan, będzie odbierane jako zaprzeczanie „przyjaźni narodów” i przejaw niechęci wobec „ludzi sowieckich”. Właśnie dlatego, że języki ukraiński i rosyjski są wzajemnie zrozumiałe, używanie ukraińskiego w kontakcie z rosyjskojęzycznymi rozmówcami było tak jawnym démarchem wobec ducha, jeśli nawet nie litery rusyfikatorskiej polityki, że każdy bezczelny człowiek, który na podobny démarche się odważył, automatycznie otrzymywał etykietkę „banderowca”, „petlurowca”, „burżuazyjnego nacjonalisty” lub w najlepszym razie niewdzięcznego krewnego „starszego brata”. Mało kto spośród Ukraińców ryzykował narażanie się na publiczne potępienie, utratę pracy czy nawet więzienie w imię czystości językowej. Większość, by uniknąć szowinistycznych reakcji i podejrzeń o nielojalność, przechodziła na rosyjski”.18

Należy podkreślić, że kolonializm wewnętrzny nie był w imperium rosyjsko-radzieckim czysto ukraińskim zjawiskiem. Zamknięcie chłopów w systemie kołchozowym wszędzie, w szczególności także i w Rosji, pogłębiło dramatyczną przepaść cywilizacyjną między „pierwszym” (miejskim) i „trzecim” (wiejskim) światem. Jednak w Rosji „pierwszy” i „trzeci” świat mówiły tym samym językiem; zarówno kolonizatorzy, jak kolonizowani należeli tu do tej samej kultury i etnosu. „Trzeci” świat w Rosji był tak samo biedny, zacofany i upośledzony, jak na Ukrainie. Jednak Rosja miała także „pierwszy” świat – świat Moskwy, Leningradu i innych dużych miast, w których narodowy język i kultura jeśli nawet nie kwitły, to przynajmniej się rozwijały, mimo wszystkich ograniczeń ideologicznych – czego w żadnym razie nie można powiedzieć o Kijowie, Odessie czy Charkowie. (Za jedyny częściowy wyjątek uznać można miasta zachodniej Ukrainy, w których urbanizacja nie oznaczała rusyfikacji, ponieważ miejscowa ludność nie zinternalizowała kompleksu niższości wobec kolonizatorów. Tutaj postrzegano ich zgodnie z paradygmatem krajów Europy Wschodniej i krajów bałtyckich – przeważnie jako okupantów. Niemniej, peryferyjne położenie tego regionu, szczególna represyjność reżimu i do dziś nie przerwane propagandowe, sztuczne wyolbrzymianie różnic regionalnych sprawiają, że jego rola w ogólnoukraińskim kontekście jest ogólnie marginalna).

W istocie wszędzie poza Rosją kolonializm wewnętrzny zyskał cechy kolonializmu zewnętrznego, rosyjsko-radzieckiego. Ucisk społeczny nabrał zabarwienia narodowego. Pierwszy świat mówił po rosyjsku, trzeci – w językach lokalnych, które stawały się swego rodzaju stygmatem, czarną skórą, oznaką zacofania cywilizacyjnego albo, jeszcze gorzej, nieprawomyślności politycznej.

Wnioski
Podsumowując, możemy powtórzyć za Davidem Moorem, że postkolonialność jest dziś tak globalnym, uniwersalnym zjawiskiem, a doświadczenie kolonialne na tyle szerokie i różnorodne, że każda kultura i jednostka w nieunikniony sposób nawiązuje z nimi jakieś stosunki – poprzez prefiksy neo-, post-, eks-, anty-, endo-, nie-. Można dyskutować, czy naprawdę postkolonialność, jak stwierdza Moore, „stała się tak samo fundamentalna dla światowych tożsamości, jak szereg innych uniwersalnych kategorii – rasy, klasy, kasty, wieku, płci”. Albo – czy dane miejsce rzeczywiście należy uważać za „postkolonialne”. Ważniejsze jest co innego – czy „hermeneutyka postkolonialna rzeczywiście pomaga nam lepiej zrozumieć dane miejsce i daną sytuację [Moore, 124]. Właśnie o produktywność „hermeneutyki postkolonialnej” chodziło również Dorocie Kołodziejczyk i Cristinie Sandru, kiedy wzywały do pełnego wykorzystania teoretycznych osiągnięć studiów postkolonialnych przy równoczesnym zachowaniu zdrowego sceptycyzmu wobec wszelkich nazbyt bezpośrednich zestawień i zapożyczeń, a także pełnego wykorzystania „auto-refleksyjnej wartości prefiksu ‘post-‘ w postkomunizmie i postkolonializmie”. Chodzi, jak pisały, o „wszechstronne badanie regionu w ramach europejskiej nowoczesności, a nie o wywalczenie dla niego jakiegoś szczególnego postkolonialnego statusu” [Kolodziejczyk & Sandru, 116].

W przedmowie do ukraińskiego wydania swojej klasycznej pracy In Other Worlds Gayatri Chakravorty Spivak w podobny sposób zachęcała kolegów do pełniejszego opanowania metodologii postkolonialnej: „Twórcze zastosowanie modelu ‘kolonizator-kolonizowany’ na waszych terenach – pisała – może wzmocnić i odświeżyć dyskurs kolonialny oraz studia postkolonialne, a także będzie sprzyjać wypracowaniu bardzo interesującego modelu”.19

Doprawdy byłoby naiwnością uważać, że podejście postkolonialne wyjaśni wszystkie ukraińskie problemy. Ale jeszcze bardziej naiwne byłoby myślenie, że można się bez niego całkowicie obejść przy omawianiu problemów związanych z ukraińską tożsamością, rusyfikacją, podziałami regionalnymi, ambiwalentnym stosunkiem do Rosji i Zachodu (oraz uosabianych przez nie wartości) itd. „Oczywiste wydaje mi się – pisał nie tak dawno jeden z czołowych zachodnich ukrainistów, Myroslav Shkandrij – że studia postkolonialne, obok studiów feministycznych i badań nad podporządkowaniem, są tą sferą, na którą ukraińscy uczeni powinni zwrócić uwagę. Koncepcje, metody, idee i wzorce zapożyczone ze studiów postkolonialnych mogą dostarczyć wyraźnej stymulacji analizom ukraińskiego doświadczenia kulturowego”.20

Tekst powstał z prezentacji na konferencji “Kultura sytuacji postkolonialnej”
na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu 6.05.2013.

Z języka ukraińskiego przełożyła Katarzyna Kotyńska

Dr Mykoła Riabczuk – krytyk literacki, eseista i publicysta, politolog. Współpracownik Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska, wykładowca gościnny w Studium Europy Wschodniej UW. Autor licznych książek i artykułów na temat społeczeństwa obywatelskiego, tożsamości narodowej, nacjonalizmu i transformacji postkomunistycznej w byłych republikach radzieckich.

1 David Moore, Is the Post- in Postcolonial the Post- in Post-Soviet? Toward a Global Postcolonial Critique, PMLA, vol. 116, no. 1, 2001. Dalej wszystkie odwołania do tego artykułu bedą podawane bezpośrednio w tekście z zaznaczeniem cytowanej strony.

2 T. Snyder, Skrwawione ziemie, Warszawa 2011.

3 R. Putnam, Demokracja w działaniu: Tradycje obywatelskie we współczesnych Włoszech, Kraków 1995.

4 D. Kołodziejczyk, C. Sandru, Introduction: On colonialism, communism and east-central Europe – some reflections, “Journal of Postcolonial Writing”, 2012, vol. 48, nr 2, s. 113.

5 M. Pawłyszyn, Szczo pere-tworiujet’sia w Re-kreacijach Jurija Andruchowycza?, „Suczasnist’”, 1993, nr 12, s. 116.

6 S. Wełyczenko, Czy buła Ukrajina rosijśkoju kołonijeju? Dejaki zauważennia szczodo poniattia kołonializm, „Ukrajina moderna”, 2009, nr 3.

7 Yu. Slezkine, Arctic Mirrors: Russia and the Small Peoples of the North, Ithaca, Cornell UP, 1994.

8 S. Layton, Russian Literature and Empire: Conquest of the Caucasus from Pushkin to Tolstoy, Cambridge, Cambridge UP, 1994.

9 Najbardziej wyraźnie to stanowisko zostało wyrażone w znanym artykule Milana Kundery „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej” (1974), publikacja polska: „Zeszyty Literackie”, 1984, nr 5.

10 A. Kappeler, Mazepintsy, Malorossy, Khokhly: Ukrainians in the Ethnic Hierarchy of the Russian Empire, [w:] Culture, Nation, and Identity, red. A. Kappeler et al., Edmonton, CIUS, 2003.

11 E. Weber, Peasants into Frenchmen: The Modernizarion of Rural France, 1870–1914, Stanford, CA, Stanford University Press, 1974.

12 A. Miller, “Ukrainskij wopros” w politikie włastiej i russkom obszczestwiennom mnienii (wtoraja połowina XIX wieka), Sankt-Pietierburg, Aletieja, 2000.

13 Т. Martin, An Affirmative Action Empire: The Soviet Union as the Highest Form of Imperialism, [w:] A State of Nations: Empire and Nation-Making in the Age of Lenin and Stalin, red. R. G. Suny, T. Martin, Oxford, Oxford UP, 2001.

14 A. Etkind, D. Uffelman, I. Kukulin, Wnutrienniaja kołonizacija Rossii: mieżdu praktikoj i woobrażenijem, [w:] A. Etkind i in. (red.), Tam, wnutri. Praktiki wnutrienniej kołonizacii w kulturnoj istorii Rossii, Moskwa, NLO, 2012.

15 Pierwszą próbę psychologicznej czy nawet psychoanalitycznej interpretacji procesów asymilacyjnych i ich skutków na ukraińskim materiale podjęła badaczka z Harvardu, Oksana Hrabowycz, w wystąpieniu na II kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Ukrainistów (Lwów 1993). Ukraiński przekład: Spadszczyna kołonializmu w suczasnij Ukrajini. Kilka kluczowych pytań, „Arka”, 1994, nr 2.

16 M. Hechter, Internal Colonialism: The Celtic Fringe in British National Development, 1536-1966, London, Routledge, 1975, s. xvi-xvii.

17 А. Motyl, Soviet-Style Imperialism & the Ukrainian Language, “World Affairs Journal”, 11.02.2013. Dostęp elektroniczny: http://www.worldaffairsjournal.org/blog/alexander-j-motyl/soviet-styleimperialism-ukrainian-language

18 A. Motyl, Will the Non-Russians Rebel?, Ithaca, Cornell UP, 1987, s. 100-101.

19 G. Cz Spiwak., W inszych switach. Eseji z pytań kulturnoji polityky, Kyjiw, Wseswit, 2006, s. 21.

20 M. Shkandrij, The Postcolonial Moment in Ukrainian Writing, [w:] // From Sovietology to Postcoloniality. Poland and Ukraine from a Postcolonial Perspective, red. J. Korek, Huddinge, Sodertorns hogskola, 2007, s. 83.

Czy kobiety zdemokratyzują Azję Środkową? Przypadek Rozy Otunbajewej

Ludwika Włodek

[niniejszy tekst opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz", nr 3, grudzień 2012, ss. 63-70]

– Jestem jedynym byłym prezydentem w całej Azji Środkowej. I jestem z tego dumna. U nas w regionie nikt do tej pory nie oddał dobrowolnie władzy – mówiła Roza Otunbajewa, w grudniu 2011 roku na spotkaniu ze studentami Uniwersytetu Warszawskiego. Gdy 7 kwietnia 2010 roku, masowe demonstracje obaliły prezydenta Kirgistanu Kurmanbeka Bakijewa, Roza Otunbajewa, jako przewodnicząca opozycji, została szefową tymczasowego rządu. Dwa miesiące później, na mocy referendum zmieniającego konstytucję, objęła funkcję tymczasowego prezydenta.

Zajmowała to stanowisko zaledwie półtora roku, ale dokonała rzeczy niebywałej. Nie chodzi o to, że została pierwszą kobietą – głową państwa w regionie. Jednak, być może to, że była kobietą pozwoliło jej oprzeć się temu, czemu do tej pory nieoparł się żaden mężczyzna sprawujący władzę w poradzieckiej Azji Środkowej. Nie przedłużyła swojej kadencji, nie wystartowała na kolejną, odeszła dokładnie wtedy, kiedy mówiła, że odejdzie obejmując władzę.

Kiedy tylko została głową państwa, wszystkie urzędy państwowe zwróciły się do jej kancelarii z prośbą o przesłanie oficjalnego portretu. Starym zwyczajem chciano powielić zdjęcie i rozwiesić je we wszystkich gabinetach, salach obrad i miejscach przyjęć interesantów. W Azji Środkowej przyjęło się, że prezydent spoziera na obywateli z każdego kąta, jego wizerunki zdobią nawet sale kinowe, pobocza szos i stragany na bazarze.

Ku zdziwieniu urzędników, Otunbajewa zakazała stworzenia swojego oficjalnego portretu. Na dodatek, jak opowiedział Sułtan Kanazarow, dziennikarz niezależnego portalu informacyjnego Ferghana, a potem sekretarz prasowy Otunbajewej, przez całą swoją krótką kadencję dbała by nie było jej zbyt wiele w telewizji, radiu i gazetach: – Ciągle pytała mnie: „Mam nadzieję, że nikogo nie zmuszasz do pisania o mnie”.

Otunbajewa na wszystkie zagraniczne wizyty latała samolotem rejsowym. Uczestnikom swojej delegacji polecała nocować w ambasadach albo w mieszkaniach pracowników dyplomatycznych. Nierzadko sama rezygnowała z hotelu i zatrzymywała się w gościnie u kirgiskiego ambasadora. Te gesty mogą wyglądać na tani populizm.Oszczędności z ich tytułu dla budżetu państwa nie mają większego znaczenia. Nawet tak skromnego jak budżet zaledwie pięciomilionowej, biednej Kirgizji.

Jednak rząd Otunbajewej musiał wprowadzić nowe standardy, pokazać, że zajmując się polityką można działać na rzecz wspólnego dobra, nie kraść, dotrzymywać złożonych obietnic. Kirgizja od prawie 20 lat była niepodległa, lecz Kirgizi nie mieli powodów by cieszyć się niezależnością. Gdy nowa prezydent obejmowała władzę, sytuacja w kraju była pod wieloma względami gorsza niż za czasów ZSRR, kiedy do Kirgiskiej SRR płynął nieprzerwany strumień dotacji z budżetu centralnego.

Największe miasta Kirgistanu wyglądały może lepiej niż w czasach komunizmu.  Były w nich pobudowane przez Turków nowoczesne centra handlowe i zagraniczne restauracje (w których stołowali się głównie pracownicy zagranicznych organizacji i turyści), a ulicami jeździły sprowadzane z Japonii samochody. Jednak na prowincji drogi były bardziej dziurawe, szkoły miały gorszych nauczycieli, szpitale gorszych albo wcale, lekarzy. Fabryki świeciły dziurami dawno powybijanych okien, a ziemia leżała odłogiem. Z 5 milionów obywateli, blisko milion musiało wyjechać do Rosji za chlebem, bo w ojczyźnie nie mieli z czego się utrzymać.

Owszem, Kirgizi, jeśli tylko mieli podłączenie albo mieszkali blisko dobrze działającej kafejki internetowej i akurat nie było przerwy w dostawie prądu, mogli bez przeszkód grać w internetowe gry z partnerami z całego świata. Jeśli tylko mieli satelitę, mogli oglądać, wedle gustu, albo indyjskie reality show albo telewizję muzyczną MTV. Dziewczyny zamiast sowieckich barchanów mogły, także wedle gustu, nosić albo modne i tanie chińskie podróbki najnowszych zachodnich ubrań albo, wzorowane na krajach Zatoki Perskiej bądź Turcji, muzułmańskie chusty szczelnie okrywające całą głowę.

Nie było jednak powodów do dumy z własnego, niepodległego państwa. Ono przestało zapewniać obywatelom to, co dawał im ZSRR, czyli względny spokój i poczucie bezpieczeństwa. A wszystkie wolności, nieznane za czasów sowieckich, bardziej wynikały ze słabości tego państwa niż z jego usilnych zabiegów.

Obaj poprzednicy Otunbajewej na stanowisku prezydenta Kirgistanu odeszli w niesławie, obaleni przez ludowe rewolucje. Pierwszy, Askar Akajew, gdy zostawał głową państwa jeszcze za Kirgiskiej SRR, wydawał się obiecującym demokratą. Z zawodu profesor fizyki, wcześniej przewodniczył kirgiskiej Akademii Nauk. Jako jedyny przywódca w Azji Środkowej nie miał za sobą przeszłości pierwszego sekretarza republikańskiego oddziału partii komunistycznej. Jednak przez 15 lat rządów stopniowo podkopywał nadzieje rodaków i wspólnoty międzynarodowej, że położona w wysokich górach Kirgizja, stanie się środkowoazjatycką Szwajcarią. Bardziej niż o interes państwa dbał o interesy własnej rodziny. Gdy w 2004 roku, pod koniec swojej trzeciej kadencji, na listy wyborcze do parlamentu wprowadził dwójkę własnych dzieci, ludzie nie wytrzymali. Niedługo po nieuczciwych wyborach, w których zastraszano kandydatów opozycji, pod koniec marca 2005 roku w Kirgistanie wybuchła tak zwana tulipanowa rewolucja. Akajew wraz z rodziną uciekł do Rosji. Mieszka tam do dziś i ani myśli wracać, bo w ojczyźnie ciążą na nim zarzuty korupcyjne.

Po Akajewie władzę objął Kurmanbek Bakijew, jeden z przywódców protestującej opozycji. Rządził tak jakby postanowił w trzy razy krótszym czasie dokonać tego samego co poprzednik. Po kilku miesiącach odwilży wrócił do autorytarnych metod zarządzania państwem, bez skrupułów obsadził najważniejsze urzędy swoimi „ziomkami” z południa kraju, prześladował media i opozycję.

Otunbajewa dobrze znała te mechanizmy. Ma za sobą lata działalności politycznej, zarówno w rządzie, jak i w opozycji. Pochodzi ze znanej kirgiskiej rodziny. Jej ojciec w sowieckiej Kirgizji był sędzią republikańskiego Sądu Najwyższego. Wszystkie jego dzieci odebrały staranne radzieckie wychowanie. Roza, podobnie jak kilkoro jej rodzeństwa, skończyła moskiewski Uniwersytet im. Łomonosowa. – Nasz radziecki Harvard – żartuje.

Obroniła doktorat z filozofii („Krytyka zafałszowania dialektyki marksistowskoleninowskiej przez filozofów szkoły frankfurckiej”) i wróciła do rodzinnej Kirgizji, uczyć studentów materializmu dialektycznego i logiki. Zaczęła działać w partii komunistycznej. W 1979 roku została sekretarzem komitetu dzielnicowego, a po dwóch latach sekretarzem partyjnego komitetu miasta Frunze (dzisiejszy Biszkek).

– Gdy nastała pierestrojka, potrzeba było nowych kadr. Zostałam ministrem do spraw społecznych Kirgiskiej SRR. W moich obowiązkach leżało też organizowanie wizyt zagranicznych delegacji odwiedzających naszą republikę – opowiada. Eduard Szewardnadze, ówczesny minister spraw zagranicznych ZSRR, posłał ją na sesję Narodów Zjednoczonych do Nowego Jorku. – Świetnie się nadawałam do pokazywania zagranicą – tłumaczy Otunbajewa. – Byłam żywym przykładem młodego, postępowego człowieka radzieckiego: wykształcona, znałam języki. Nie mówi tego wprost, ale towarzyszom radzieckim bardzo zależało na tym, by pokazać światu, że dzięki ich polityce nawet kobieta z położonej na krańcu świata Kirgizji, gdzie jeszcze niedawno większość ludności żyła w jurtach i trudniła się hodowlą owiec, a mężczyźni, gdy chcieli się ożenić, porywali swoje wybranki nawet nie pytając ich o zdanie, niczym nie różni się od kolegów z Estonii czy Rosji. Mówi po angielsku i zna opery Czajkowskiego. W 1989 roku Szewardnadze zatrudnił Otunbajewą w centralnym MSZ. Brała udział w negocjacjach rozbrojeniowych z Amerykanami. Przewodniczyła też komisji ZSRR przy UNESCO.

Gdy upadł ZSRR upomniała się o nią Kirgizja. Była jedną z nielicznych osób w kraju z międzynarodowym doświadczeniem. – Wyjechałam z Moskwy bez żalu – mówi – wtedy zaczęła tam panować strasznie nacjonalistyczna atmosfera. Wszystko musiało być nagle rosyjskie. Jak nie jesteś ruski, to do widzenia, dość się na nas napaśliście, teraz sami sobie państwo założymy. Ja wyrosłam w kulcie radzieckiego braterstwa narodów, nie podobało mi się to.

W niepodległej Kirgizji została ministrem spraw zagranicznych. Potem Akajew wysłał ją jako ambasadora do USA. Otwierała pierwszą kirgiską placówkę w Waszyngtonie. – Jeździłam po całych Stanach, opowiadałam o naszym kraju. Wtedy wszyscy się nami interesowali, byliśmy na fali – wspomina. Później znów była szefową MSZ, po czym wyjechała na kolejną placówkę, tym razem do Wielkiej Brytanii.

Polityka była jej pasją. Przy dzieciach, miała dwoje – chłopca i dziewczynkę, póki były małe, pomagała jej mama. Początkowo mogła również liczyć na wsparcie męża, z którym jednak w końcu się rozwiodła. Angażowała się do końca, ale nie chciała kompromisów. Jej drogi z prezydentem Akajewem zaczęły się rozchodzić. – Nie przeszedł testu władzy – tłumaczy mi. – Okazał się słaby. Ulegał pokusom.

Otunbajewa w czasie swojej dyplomatycznej kariery na własne oczy oglądała jak działają zachodnie demokracje i uznała, że Kirgizja nie jest skazana by tkwić w swoim „wschodnim zacofaniu”. Odezwał się w niej etos pierestrojki. Gorbaczow, po dojściu do władzy, próbował zaprowadzić w radzieckiej Azji Środkowej nowe porządki. Wcześniej Moskwa przymykała oko na powszechną wśród tamtejszych elit partyjnych korupcję i nepotyzm. Gorbaczow chciał z tym skończyć, robił to jednak tak nieudolnie, że do dziś większość ludzi w regionie postrzega go jako uzurpatora, który zamachnął się na święte miejscowe tradycje.

Otunbajewa jednak wiedziała, że akceptowanie autorytarnych praktyk kirgiskich elit nie ma nic wspólnego z poszanowaniem „lokalnej specyfiki”. Jedynym wyjściem, by wyrwać kraj z zapaści jest ścisłe przestrzeganie demokratycznych reguł gry. Pod koniec 2004 roku przestała być ambasadorem w Londynie i wróciła do kraju, wziąć udział w wyborach. Miała startować z tego samego okręgu co córka prezydenta. By do tego nie dopuścić komisja wyborcza uznała, że nie może ubiegać się o mandat poselski, bo mieszkała zbyt długo za granicą. Było to ewidentnie sprzeczne z przepisami, które nie obejmowały dyplomatów. Odwołała się i wygrała, ale wtedy uznano, że nie może startować, bo nie zapłaciła kary, którą uprzednio na nią nałożono. Też się kłóciła, ale było już za późno. Termin ostatecznej rejestracji minął.

W czasie rewolucji tulipanów, w marcu 2005 roku, blisko współpracowała z Bakijewem. Gdy ten został premierem tymczasowego rządu, objęła, po raz czwarty, tekę szefowej dyplomacji. Jednak szybko rozstała się z nowym prezydentem, który tolerował wokół siebie wyłącznie pochlebców i członków własnego klanu. W 2007 roku wystartowała do parlamentu z ramienia partii socjaldemokratycznej. Tym razem zdobyła mandat. Była jednym z najaktywniejszych posłów opozycji. W 2009 roku, po tajemniczym wyjeździe dotychczasowego przewodniczącego klubu parlamentarnego socjaldemokracji, któremu najprawdopodobniej zwolennicy Bakijewa tak „zaleźli za skórę”, że zdecydował się uciec z kraju, zajęła jego miejsce.

– O wszystko się awanturowaliśmy. Krytykowaliśmy każde złe posunięcie rządu. Wielokrotnie wyłączali mi mikrofon, to zaczęłam na salę obrad przychodzić z własnym megafonem. – opowiada. Nieprzychylna Bakijewowi opozycja postanowiła się zjednoczyć. Wczesną wiosną 2010 roku zwołano nadzwyczajny zjazd – Kurułtaj, jak dawne zebrania rodowe koczowników. Otunbajewa została wybrana jego szefową.

Objaśnia dlaczego na nią padło: – Nie miało znaczenia, że byłam kobietą. Ludzie mi ufali, bo nigdy ich nie zawiodłam. Byłam też najbardziej doświadczonym z opozycyjnych polityków. W parlamencie, stałam się twarzą opozycji. Nie dało się mnie tak zupełnie zmarginalizować. No i byłam najstarsza ze wszystkich uczestników Kurułtaju, a u nas wiek dodaje autorytetu. Ponieważ nie dało się jej zmarginalizować, próbowano ją zastraszyć. Pewnego dnia do mieszkania Otunbajewej, położonego na pierwszym piętrze bloku przy jednej z głównych ulic Biszkeku, wpadł granat. Posłuszna Bakijewowi policja tłumaczyła potem, że to przypadek. „Ludzie są tacy nieuważni. Zupełnie nie wiedzą, co trzymają na balkonach”.

Na początku kwietnia 2010 roku napięcie w Kirgistanie sięgnęło zenitu. Najpierw opozycja zorganizowała masowy wiec w Tałasie, na północnym zachodzie kraju. Tłum zaatakował prokuraturę i siedzibę miejscowych władz. W nocy z 6 na 7 kwietnia ciężko pobito ministra spraw wewnętrznych, który przyjechał uspokoić sytuację. Na 7 kwietnia zaplanowano wiec opozycji w stolicy. Z Tałasu i innych miast ruszyły w stronę Biszkeku autokary demonstrantów. Rząd Bakijewa prewencyjnie aresztował większość działaczy opozycji.

Następnego dnia na placu przed pałacem prezydenckim zebrał się tłum. Do nieuzbrojonych w większości manifestantów gwardia prezydencka otworzyła ogień. Padli zabici, co rozjuszyło protestujących. Szturmem wdarli się do pałacu. W tym czasie, prezydent Bakijew, dokładnie tak samo, jak jego poprzednik Akajew, wymknął się tylnym wyjściem i wsiadł do helikoptera. Później okazało się, że jest w gościnie u prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki.

7 kwietnia w ciągu dnia Otunbajewej nie było na placu. Poprzedniej nocy, ostrzeżona wiadomościami o aresztowaniach kolegów, nie wróciła do siebie na noc. Spała u kuzynki. Ponieważ w porę wyłączyła telefon komórkowy, służbom nie udało się jej namierzyć. Otoczyły tylko wszystkie klatki bloku, w którym się ukryła. Do centrum przyjechała dopiero po zdobyciu siedziby prezydenta. To ona przemówiła do narodu przekazując mu wiadomość o ucieczce Bakijewa i przejęciu władzy przez opozycję. W zamieszkach 7 kwietnia zginęło kilkadziesiąt osób. Bakijewa udało się obalić jeszcze szybciej niż Akajewa. Bo też nienawiść do niego była większa. Przyszedł do władzy w wyniku rewolucji, która w ludziach rozbudziła nadzieję na lepsze życie, na poszanowanie ich praw. Tymczasem zamienił Kirgistan w prywatny folwark. Jego rodzony brat był szefem gwardii prezydenckiej, jego syn najbogatszym biznesmenem w kraju. Nie dość, że należała do niego najpopularniejsza sieć telefonii komórkowej, to jeszcze ojciec powierzył mu szefostwo Centralnej Agencji Rozwoju, przez którą przechodziły wszystkie przyznawane krajowi kredyty zagraniczne.

– U nas prezydent zachowuje się jak jakiś chan. Zamiast o dobro państwa dba o interesy własnej rodziny. Dlatego mój rząd tymczasowy zaproponował rodakom przejście na ustrój parlamentarny – tłumaczy Roza Otunbajewa. – Kiedy Kirgizi przegłosowali nową konstytucję w referendum, prezydent Rosji, Miedwiediew, komentował, że to katastrofa, że taki system zupełnie się nie sprawdzi w Azji Środkowej. Ale ja byłam i jestem przekonana, że to jedyne wyjście. Jesteśmy młodym narodem, brakuje nam tradycji demokratycznych. Jedynie tworząc ustrój, w którym różne organy władzy patrzą sobie na ręce, możemy zbudować sprawiedliwe, praworządne państwo. Niektórzy narzekają, że teraz mamy bałagan, że posłowie w parlamencie się kłócą i pyskują. Bardzo dobrze, lepiej, że w parlamencie niżby mieli to robić na ulicach.

Otunbajewa od razu wiedziała, że jej rządy muszą być krótkie. Trzeba było zerwać z tradycją przedłużania kadencji prezydenta w nadzwyczajnych okolicznościach, poprzez referenda, czy specjalne uchwały parlamentu. Chodziło o to, by Kirgistanem wreszcie rządził normalnie powołany rząd, poparty przez parlament wyłoniony w demokratycznych, transparentnych wyborach. Godząc się na tymczasowe przejęcie władzy taki sobie postawiła cel. I go osiągnęła.

– Nie chciałam się nachapać, ustawić na całe życie wszystkich swoich krewnych i powinowatych. Mojej rodziny nikt nie znajdzie na listach Forbesa [figurują na niej dzieci wszystkich pozostałych prezydentów w Azji Środkowej] – zapewnia mnie. – Odchodząc zostawiłam demokratycznie wybrany parlament i prezydenta. To moje największe osiągnięcie.

Tymczasowa prezydent złożyła urząd na początku grudnia 2011 roku, kilka tygodni po wyborach prezydenckich, tak jak przewidywało prawo. Swoje pożegnalne przemówienie w parlamencie zakończyła słowami: „Zrobiłam wszystko co było w mojej mocy. Wiem jedno, sumienie mam czyste. Resztę osądzi historia”.

Sumienie Otunbajewej mogły skalać wydarzenia w Dolinie Fergańskiej, na południu Kirgistanu, które rozegrały się na początku jej rządów, w maju 2010 r., kiedy była jeszcze premierem. W największym mieście regionu – Oszu i w sąsiednim Dżalalabadzie doszło do krwawych zamieszek. Bandy młodych Kirgizów napadały  i podpalały domy Uzbeków, którzy stanowią przeszło połowę mieszkańców obydwu miejscowości. W pierwszych godzinach pogromów państwowe służby w ogóle nie interweniowały. Pijane wyrostki bezkarnie terroryzowały ulice, jeżdżąc po mieście ukradzionymi wojsku wozami bojowymi. W sumie w pogromach zginęło kilkaset osób, głównie Uzbeków, zostały zniszczone całe dzielnice Oszu i Dżalalabadu.

To po raz kolejny odezwał się konflikt, którego korzenie tkwiły u zarania władzy radzieckiej w regionie. Mimo, że powstałe w latach dwudziestych środkowoazjatyckie republiki ZSRR imitowały państwa narodowe – z własną stolicą, rządem i odpowiednią wersją kultury narodowej – w każdej żyła pokaźna mniejszość z sąsiednich republik. Wcześniej, póki Azją Środkową rządziły dynastyczne chanaty, a pochodzenie etniczne nie wpływało na przywileje polityczne, nie miało znaczenia, że ludzie mówiący różnymi językami i prowadzący odmienny tryb życia żyją obok siebie. Każdy miał swoją niszę. Jednak radziecka inżynieria społeczna sprawiła, że zaczęli oni sobie wchodzić w drogę. Napięcia między potomkami koczowniczych Kirgizów a osiadłymi od stuleci Uzbekami dawały o sobie znać w momentach kryzysowych. Zamieszki z 2010 roku powtórzyły prawie dokładnie scenariusz sprzed 20 lat. Wtedy, w ostatnim roku istnienia ZSRR, gdy władze w Moskwie i w stolicy republiki zajęte były głównie własnym przetrwaniem, na południu Kirgistanu także doszło do krwawych starć między Kirgizami a Uzbekami.

Krytycy Otunbajewej – najbardziej zacięci nazywają ją Krwawą Rozą – mówią, że wiosną 2010 roku zbyt późno przyjechała na południe, że zignorowała doniesienia o narastającej wrogości. Głównym oskarżonym o wywołanie zamieszek był pochodzący z południa kraju klan Bakijewa. Oszcy i Dżalalabadcy Uzbecy masowo poparli rewolucję, która obaliła prezydenta i pogromy miały być karą za ich entuzjazm wobec nowych rządów. Jednak rozpoczęte na polecenie rządu śledztwo nie zdołało do końca wyjaśnić przyczyn ani wskazać wszystkich sprawców. Niewątpliwie zasługą Otunbajewej jest jednak, że zaprosiła międzynarodową komisję do wyjaśnienia zajść w Oszu. – W naszym regionie dopuszczenie takiego niezależnego śledztwa to precedens – chwaliła się prezydent później w wielu wywiadach. Raport komisji został przyjęty przez rząd, mimo, że mocno skrytykował kirgiskie śledztwo.

Świadoma tego, jak niebezpieczne dla młodego państwa może być podsycanie antagonizmów etnicznych, Otunbajewa przestrzega by odradzanie kirgiskiej kultury nie było pretekstem do narodowego szowinizmu. – Musimy odwoływać się do naszych najlepszych tradycji, takich jak pradawny epos o władcy Manasie. W latach 30. XX wieku za recytowanie „Manasu” można było iść do więzienia. Jak wszystkich w ZSRR, uczono nas, że nasze korzenie to staroruskie „Słowo o wyprawie Igora”– przyznaje Otunbajewa. – A „Manas” to opowieść o jednoczeniu ziem kirgiskich, o scalaniu północy z południem, o wieloetnicznym braterstwie. Manas miał żonę Tadżyczkę, jego najbliższy doradca był Chińczykiem. Wierzę że w nas siedzi duch Manasa, musimy go pielęgnować, bo takie mitologiczne opowieści działają na serce, nie na rozum, a często to o wiele bardziej skuteczne.

Prezydent mówi też o znaczeniu języka kirgiskiego. Choć swoje inauguracyjne przemówienie po kirgisku musiała konsultować z lingwistami, w codziennym życiu sprawnie posługuje się mową ojczystą. – Moi rodzice byli pierwszym pokoleniem w mieście. Dlatego w domu zawsze mówiliśmy po kirgisku. – opowiada. – Teraz to zaprocentowało. U nas, inaczej niż w Kazachstanie, obrady parlamentu są tylko po kirgisku. Znając go mogłam w nich brać aktywny udział. A wielu, świetnych młodych jajogłowych wykształconych w rosyjskich szkołach było z tego automatycznie wykluczonych. W parlamencie pracują tłumacze, ale w żywej dyskusji bez kirgiskiego zginiesz.

Otunbajewa zawsze podkreśla, że kirgiską kulturę trzeba było odrodzić, ale narastające zainteresowanie islamem, widoczne w Kirgizji na każdym kroku, budzi jej sceptycyzm. – Ja rozumiem, język, tradycja, religia… Teraz wielu deputowanych by podlizać się narodowi funduje meczety i bierze udział w obrzędach religijnych. Dziewczęta zakładają chusty a wyjazdy na pielgrzymki do Mekki stały się wszechobowiązującą modą – mówi i zastrzega: – Nie możemy ograniczać się tylko do tego co nasze, kirgiskie. Nasze dzieci jeżdżą na studia do Stanów, do Europy [jej córka mieszka w Anglii], do Warszawy. Musimy być częścią świata. Balet, opera, teatr, my to dostaliśmy w spadku po ZSRR. Nie wolno nam tego zmarnować. Chór to przecież nie jest nasza narodowa tradycja, ale my mamy w Biszkeku świetny chór, wystawiamy Szekspira, Lermontowa. Ktoś powie, że baletnice muszą zakrywać nogi, bo muzułmance nie wypada inaczej. Tylko jak tu zrobić piruet wtedy? – śmieje się.

Od roku Roza Otunbajewa nie jest prezydentem. I chyba za to jest najbardziej podziwiana. Sama twierdzi, że płeć nie ma znaczenia w polityce. Jednak, paradoksalnie, jako kobiecie mogło jej być łatwiej dotrzymać demokratycznych standardów. W kirgiskim społeczeństwie mężczyznę postrzega się jako dziedzica rodowych tradycji i strażnika narodowej kultury. Często także tej opatrznie pojmowanej. W krajach Azji Środkowej to kobiety, na których nie ciąży tak silna presja rodziny, bywają bardziej nowoczesne i otwarte na świat niż mężczyźni. W czasach radzieckich częściej podlegały rusyfikacji, bo była to dla nich jedyna możliwość wyzwolenia się z patriarchalnych więzów.

Dziś jednak kirgiskie kobiety, łatwiej niż mężczyźni, mogą stać się zarzewiem zmian. Kirgistan, jako pierwsze państwo w regionie, ma szansę wyrwać się ze środkowoazjatyckiego skansenu i przekształcić w normalną demokrację. Przy słabej gospodarce, braku surowców i trudnych warunkach naturalnych (średnia wysokość wynosi prawie 3 tys. metrów nad poziomem morza) będzie to trudne, ale zainicjowane przez Otunbajewą procedury są dobrym punktem wyjścia.

16 grudnia 2011 roku, w międzynarodowy Dzień Praw Człowieka, kobiety z całej Kirgizji, aktywistki, działaczki praw człowieka, dziennikarki i polityczki zebrały się by zaapelować do nowego, świeżo zaprzysiężonego prezydenta Kirgistanu, by szanował wartości wprowadzone przez Otunbajewą do kirgiskiej polityki. Konferencję zatytułowały „Roza forever”. Żaden z dożywotnich prezydentów od lat rządzących innymi krajami Azji Środkowej nie doczekał się takiego spontanicznego wyrazu sympatii.

Dr Ludwika Włodek – adiunkt w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje specjalizacją „Azja Środkowa”, dziennikarka „GazetyWyborczej”. Specjalizuje się w historii najnowszej państw Azji Środkowej.

Maciej Olchawa, „Gwiazdy i Tryzub. Europejska integracja Ukrainy” Szwajtpol Fiol, Kraków 2013

Tadeusz Iwański

[niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został w:
"Nowy Prometeusz", nr 5, grudzień 2013, ss. 231-233]

Jesienią tego roku, nakładem krakowskiego wydawnictwa Szwajpolt Fiol ukazała się książka Macieja Olchawy Gwiazdy i Tryzub. Europejska integracja Ukrainy. Publikacja jest trójjęzyczna, otwiera ją wersja angielska, po której następują wersje ukraińska i polska drukowane, odpowiednio, na parzystych i nieparzystych stronach. W notce biograficznej, autor, urodzony w USA i wykształcony na uniwersytetach w Chicago i Krakowie, przedstawia się m.in. jako doradca ds. Ukrainy w Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego w latach 2008-2012. Obecnie zaś, o czym w książce nie wspomina, ale łatwo można znaleźć w Internecie, pracuje w biurze jednego z polskich europosłów. Publikacja została wydana krótko przed szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, więc w bardzo odpowiednim momencie dla przedstawienia historii stosunków Ukrainy z UE. Niestety szansa, jaką stwarzają timing i temat, nie została wykorzystana.

Na początek kilka uwag metodologicznych: autor określa swoją pracę jako analizę, jednak język zastosowany w publikacji daleki jest od analitycznego. Sporo w nim kolokwializmów, cudzysłowów, określeń z języka potocznego oraz publicystyki, dalekich od suchego i precyzyjnego stylu, charakterystycznego dla analiz. Ponadto, dane ekonomiczne, m.in. statystyki handlu Ukrainy z UE, podane są za rok 2011, podczas gdy od kilku miesięcy dostępne są dane całościowe za rok ubiegły. Autor nadużywa również cytatów, czasami zajmujących ponad połowę strony, jednocześnie skromnie dawkując samodzielne wnioski. Zaskakuje również wykorzystana baza źródłowa – prawie w całości anglojęzyczna. Przypisy do materiałów polsko- i ukraińsko-języcznych są nieliczne, co samo w sobie nie jest błędem, jednak rodzi pytanie o rzetelność kwerendy (autor w żadnym miejscu pracy nie zaznaczył bowiem, dlaczego zdecydował się na taki klucz doboru źródeł i jaki stał za tym zamysł). Zresztą i wybór autorów, do których odwołuje się Olchawa, choć w większości prawidłowy, nie jest wolny od zaskoczeń. Np. na s. 137 autor cytuje „jednego z najbardziej wpływowych deputowanych, eksperta ds. ukraińskich Charlesa Tannocka”. Sprawdziłem, ponieważ nigdy o takim ekspercie nie słyszałem. I… sądząc po wystąpieniach w mediach oraz aktywności w parlamencie europejskim, taka ocena Brytyjczyka nie odpowiada rzeczywistości.

Pracę najlepiej czytać w języku angielskim. Drugim wyborem jest ukraiński, a trzecim – polski. Ta ostatnia wersja językowa pełna jest bowiem błędów gramatycznych i stylistycznych, szczególnie w oczy rzuca się nieudolne tłumaczenie z obu pozostałych języków. Czyta się w związku z tym książkę trudno, a błędy te na dłuższą metę drażnią i zniechęcają. By nie być gołosłownym – próbka: „Kiedy upadło imperium sowieckie, politycy zachodni mieli trudności z ujrzeniem Ukrainy w nowym świetle, ponieważ byli zaślepieni przez nawyk identyfikowania jej w kontekście ZSRR. Ta sytuacja panowała także w USA, mimo że w Stanach Zjednoczonych żyła liczna diaspora ukraińska, która była w stanie przybliżyć Waszyngtonowi problematykę swojego rodzinnego kraju. Brak głosu imigrantów ukraińskich w Europie Zachodniej zapewne przyczynił się do braku zrozumienia odrębności (historycznej, językowej i kulturowej) państwa ukraińskiego od Rosji, państwa dominującego i jądra Związku Sowieckiego” (s. 171) lub „Negocjacje między UE a Ukrainą w sprawie taryf i strefy wolnego handlu dążą do wprowadzenia acquis, poprzez które Ukraina uzyska większy dostęp do rynku unijnego” (s. 191). W tym wypadku zarzut należy skierować w pierwszej kolejności pod adres wydawnictwa, które nie dołożyło wystarczających starań, by redakcja i korekta polskiej wersji językowej eseju Olchawy była zrobiona jak należy.

Tyle o formie. Na pytanie czy treść ją usprawiedliwia, w moim przekonaniu należy dać odpowiedź negatywną. Na książkę składają się trzy rozdziały o dość niespójnej konstrukcji. W pierwszym Kij czy marchewka? Recepta na europejską integrację Ukrainy owej recepty jest jak na lekarstwo, natomiast podrozdział Próby „finlandyzacji” Ukrainy do reszty nie pasuje, ponieważ traktuje głównie o relacjach Ukraina-NATO oraz kwestiach bezpieczeństwa, w tym energetycznego. Rozdział drugi Upadki i wzloty: dwie dekady stosunków na linii Kijów-Bruksela, choć miejscami zawiera kompetentny opis brukselskich nastrojów wobec zbliżenia Ukrainy z UE, kończy się niewiele wnoszącymi do głównego tematu pracy dywagacjami autora o językowych zwyczajach unijnych i ukraińskich dyplomatów. Trzecia część dotyczy Partnerstwa Wschodniego – osadzenia tego programu w Europejskiej Polityce Sąsiedztwa, jego założeń i mechanizmów współpracy dwu- i wielostronnej, a także recepcji na Ukrainie. Autor wysnuwa prawidłowe wnioski, ciekawie opisuje kwestie związane z ukraińsko-unijnymi negocjacjami umowy stowarzyszeniowej, a szczególnie jej części handlowej, widać, że ma dobre rozeznanie w unijnych dokumentach, jednak ich nadmierne cytowanie sprawia, że lektura staje się nużąca. Z kolei zawarte na czterech stronach i zamykające książkę Wnioski końcowe i rekomendacje są w raczej zbiorem znanych w środowisku eksperckim postulatów, niż wartością dodaną – autorskimi, realistycznymi i precyzyjnymi propozycjami.

Z większością przedstawionych w publikacji sądów i faktów można się zgodzić, choć i tu autor nie ustrzegł się błędów. Dziwi na przykład, że opisując mediację UE podczas pomarańczowej rewolucji, zasługi na tym polu przypisane zostały jedynie Javierowi Solanie, a o roli Aleksandra Kwaśniewskiego nie wspomniano (choć w rzeczywistości było odwrotnie). Myli się również Olchawa twierdząc, że przyjęcie tzw. ustawy językowej spowodowało na Ukrainie „masowe demonstracje i ostre podziały w społeczeństwie”. Raban podnieśli politycy opozycyjni z trudnością spędzając demonstrantów pod Dom Ludowy w Kijowie, podczas gdy zwykłym ludziom, może poza zachodnią częścią Ukrainy, na eto naczchat’.

Konkludując, praca Macieja Olchawy zawiera wiele ogólnie słusznych sądów i powszechnie znanych wniosków, a warstwa faktograficzna jest na ogół poprawna. Tylko, że w sumie niewiele to wszystko wnosi do dotychczasowego stanu wiedzy na temat tytułowej Europejskiej integracji Ukrainy (nie wspominając o tym, że Ukraina się z UE nie integruje, ponieważ, jak dobrze autor wie, bo pisze o tym w książce, Bruksela nie zaproponowała Kijowowi perspektywy członkostwa; użycie więc tego czasownika jest nieprecyzyjne). Parafrazując recenzentów filmowych, książce Olchawy daję dwie gwiazdki na pięć z dopiskiem „dla amatorów”.

Tadeusz Iwański – doktorant w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk, analityk w Ośrodku Studiów Wschodnich, członek redakcji „Nowego Prometeusza”.